Kategorie: Wszystkie | Opowiadanie autobiograficzne
RSS
wtorek, 01 grudnia 2015

Urodziłem się w 1936 r. w Warszawie. Pierwszy rok mojego życia, jak większość moich rówieśników, spędziłem prawdopodobnie na nauce chodzenia, padania i przemieszczania się w obrębie wzroku matki, czego jednak nie pamiętam. W następnych latach trenowałem wydobywanie dźwięków zrozumiałych dla innych, zwanych mową.

W 1939 roku, gdy zaczęły się bombardowania Warszawy, ktoś z sąsiadów słysząc nadlatujące samoloty, dla uspokojenia choćby na chwilę sytuacji, podsunął myśl, że to są nasze. Mimo że to nie były nasze tylko niemieckie, ja podchwyciłem ten optymistyczny akcent i przy każdym następnym nalocie, gdy wszyscy schodzili do piwnic - wołałem: mamusiu - to nasze, mamusiu - to nasze. Nie wiem, czy tym wołaniem uspokoiłem kogokolwiek, lecz intencje moje na pewno były szczere. Było to moje pierwsze zauważone zastosowanie mowy do celów propagandowych.

Mój optymizm nie zapobiegł zbombardowaniu domu w którym mieliśmy sklep. Rodzice pozbawieni sklepu zostali bez środków utrzymania.

Mieli jednak 5,22 hektara ziemi zakupionej jako lokata kapitału i drewno na domek letniskowy, który miał być wybudowany na tym terenie.

Ojciec w tak trudnych warunkach, bez środków finansowych, podjął trud wybudowania domu oraz założenia gospodarstwa rolnego.

Z całą rodziną - to jest z rodzicami i starszym ode mnie o 6 lat bratem Jurkiem - na wieś sprowadziliśmy się wiosną 1942 roku, do wybudowanego przez ojca domku.

Ziemia wcześniej eksploatowana przez sąsiada - dzierżawcę, wymagała uprawienia i zasiewów. Plony mogła dać dopiero po roku gospodarzenia i ten rok należało przetrwać.

Dla zdobycia środków na przetrwanie - ojciec próbował handlować mlekiem dowożąc je nielegalnie do Warszawy. Jednak po kilku obławach i łapankach, z których udało mu się uciec, doszedł do wniosku że uzysk z tego handlu - marny, nie wart jest ryzyka, gdyż można stracić nawet życie.

Po żniwach - nie naszych jeszcze - zbieraliśmy z bratem pojedyncze kłosy żyta na okolicznych rżyskach, przynosiliśmy je do domu, wyłuskiwaliśmy ziarnka a ojciec mielił je na ręcznym młynku do kawy i gotował z tego potrawę, zwaną porką .

Pierwszy rok gospodarzenia zaczęliśmy z inwentarzem składającym się z jałówki - czyli nieletniej krowy - gdyż na zakup dorosłej nie było pieniędzy, oraz jednej kury podarowanej przez życzliwą sąsiadkę. Urosło też trochę drobnych ziemniaków posadzonych wiosną na wyjałowionej i niedostatecznie uprawionej ziemi.

Właściwie to nie była ziemia a piasek. Według rolniczej kwalifikacji były to głównie grunty V i VI klasy, nadające się bardziej pod uprawy leśne niż rolne.

Nasz podstawowy jadłospis ukierunkowany był na kartoflankę i porkę czasem gotowaną na mocno rozcieńczonym mleku, zdobywanym przez matkę. Jesienią nasz jadłospis został wzbogacony o kapustę którą otrzymywaliśmy od sąsiadów pożyczających od nas szatkownicę.

Kiszenie kapusty wiązało się z pewnymi zabiegami w których i ja brałem udział. Otóż moim zadaniem w przygotowaniu kapusty było jej ubijanie - to jest deptanie w beczce. Zostałem dokładnie umyty i boso w krótkich spodenkach skakałem w beczce po ciągle uzupełnianej i solonej, szatkowanej kapuście, aż beczka została napełniona a z kapusty wysączył się sok.

Zajęcie to powtarzałem w następnych latach.

     Krzysztof Roszczyk

 

Z nadejściem zimy pojawił się nowy problem - ogrzewanie i to nie dlatego, że nie było ogrzewania centralnego, ale brak było opału. Jeden z dwu pokoi stanowiących mieszkanie, wyposażony był w kuchnię, w której paliło się patykami z mokrej młodej olszynki. Mokre patyki i drewno nie chciały się palić, dymiły, a już na pewno nie gwarantowały ogrzania domku o drewnianych, cienkich, nieszczelnych ściankach.Zimy w tamtych latach były w dodatku srogie i długie, szczególnie dla 6-cio letniego chłopca.

Po przetrwaniu zimy zaczął się nowy problem - przednówek. Określenie to dzisiaj mniej używane, mówiło o wyczerpaniu się ubiegłorocznych zapasów spożywczych, przed uzyskaniem nowych.

Trzeba było także dokonać wiosennych upraw, co przy braku konia i pieniędzy nie było zwykłą sprawą.

W rozwiązaniu tych problemów pomogła pracowitość rodziców, ich zaangażowanie i przedsiębiorczość ojca. Nie bez znaczenia była pomoc życzliwych sąsiadów.

Ojciec w czasie zimy wykonał z drewna i skórek tzw. chomąto dla krowy - wyrosłej z jałówki i zaprzęgał ją do lżejszych prac polowych. Matka posadziła kwokę na jajkach zakładając w ten sposób kurze stadko.

Po odchowaniu kurczaków, gdy kwoka nie chciała się nieść, matka za poradą sąsiadki posadziła kwokę na gęsich jajach, które także od tej sąsiadki dostała.

Gdy wykluły się małe gąski, kwoka nie potrafiła się nimi opiekować, pozostawiając je same. Opieka nad nimi przypadła dla mnie. Karmiłem je i poiłem, uczyłem skubać trawę, a gdy były niegłodne, siadały tuląc się do mnie.Kiedy wstawałem i przemieszczałem się w inne miejsce, one szły za mną.

Sąsiedzi żartowali mówiąc: to chyba Krzysio wysiedział te gąski. Musiałem wówczas w celu sprostowania opowiadać znaną już historię ich wylęgu.

Zbiory z upraw dawały podstawę wyżywienia, nie zapewniały jednak samowystarczalnego funkcjonowania. Nie było nadwyżek produktów, które można by sprzedać i dokupić niezbędne rzeczy. Czas wojny w dodatku ograniczał możliwość przemieszczania się bez narażania wolności, zdrowia i życia.

Jednak po roku gospodarowania sytuacja o tyle stała się lepsza że zażegnane zostało widmo głodu. Z żyta mielonego na młynku uzyskiwaliśmy mąkę z której matka piekła chleb w piecyku kuchennym. To w tamtych czasach znaczyło wiele. Były ziemniaki, marchew, buraki, kapusta, jajka i mleko. Zakupione dwa prosiaki dawały nadzieję że będzie trochę tłuszczu i mięsa.

Gdyby jednak chcieć wyliczyć czego nie było, to lista byłaby długa.

Z podstawowych produktów nie było owoców, zarówno u nas jak i u sąsiadów. Nie stać nas było na cukier i słodycze. Herbatę piliśmy parzoną z wysuszonych liści jeżyn lub mięty rosnącej w ogródku. Brakowało mięsa, tłuszczów i wielu produktów.

Prowadzenie gospodarstwa choćby w prymitywny sposób wymagało umiejętności i sprzętu. Żadne z rodziców nie nabyło tych umiejętności we własnych domach rodzinnych i teraz musiało zgłębiać wiedzę rolniczą, wysłuchując sąsiedzkich porad lub ich podpatrując.

Naszymi sąsiadami byli ludzie z przymiotami i wadami ludzi prostych. Wiele zawdzięczaliśmy ich życzliwości i pomocy, chociaż prawa współistnienia były surowe i trudne.

Sąsiedzi mimo że byli od dawna osiadłymi gospodarzami, to mieli gospodarstwa biedne z trudem zapewniające utrzymanie ich rodzinom. Ich życzliwość była pomocna w naszym przetrwaniu.

Od sąsiada ojciec uczył się jak wykonać cep, kosisko, czy inne narzędzia i jak się nimi posługiwać. Jak kosić i robić snopki ze ściętego zboża, jak je ustawiać, by zapewnić suszenie i zabezpieczyć przed zaciekami.

Te i wiele innych czynności, na ogół prostych, wymagało odpowiedniej w tym zakresie wiedzy i umiejętności. Wykonane źle powodowały straty, na co ubogi rolnik nie mógł sobie pozwolić.

Ojciec chociaż posiadał tylko podstawowe wykształcenie, był człowiekiem oczytanym i obytym w różnych środowiskach.

Odbywając w swoim czasie służbę wojskową, ukończył szkołę podoficerską i w stopniu chorążego, brał udział w wojnie obronnej w 1939 roku.

Urodzony w 1905 roku, był w czasie który opisuję, młodym ale już dojrzałym, zahartowanym mężczyzną.

Istniejące problemy rozwiązywał najlepiej jak to było możliwe. Dla mnie dodatkowo był skarbnicą wiedzy podstawowej. Opowiadał nam przeczytane książki, przeżyte wydarzenia i różne historie.

W czasie zim wykonał nożykiem figury szachowe i nauczył nas grać w szachy.

Wykonywał nam także trepy, które stanowiły obuwie zimowe, gdyż latem chodziło się boso.

Do wykonania takich trepów używane były stare buty z kompletnie zniszczonymi spodami . Odcięte od nich cholewki przybijane były małymi gwoździkami do podeszwy odpowiednio wyciosanej z drewnianego klocka.

Zaletą ich było to, że zapewniały dobrą izolację i względne ciepło, wadą zaś że do drewnianych spodów przylepiał się i nawarstwiał śnieg, czyniąc je bardzo ciężkie i niewygodne.

Z usposobienia ojciec był bardzo pogodny, lubił czasem sobie podśpiewywać lub nucić, ucząc nas w ten sposób melodii różnych przedwojennych szlagierów. Umiał trochę grać na mandolinie, którą brał, gdy na to pozwalał czas i nastrój.

Matkę moją cechowała pracowitość, obowiązkowość i energia. Uznawała autorytet ojca w zarządzaniu gospodarstwem. Wykonując wszystkie prace domowe i angażując się do wykonywania wszelkich prac polowych uczestniczyła w prowadzeniu gospodarstwa w stopniu nie mniejszym niż ojciec. W opiekę nad nami wkładała dużo serca i wysiłku.

Rok 1943, to powstanie w getcie warszawskim, nasilenie łapanek i terroru okupacyjnego.

Przede mną natomiast został otwarty nowy rozdział życia - szkoła, wówczas nazywana powszechną.

Szkoła mieściła się w budynku parterowego, drewnianego domu i zajmowała w nim dwie izby. Każda z tych izb miała dorobione oddzielne wejście i ganek. Resztę domu zajmowała rodzina właściciela, Feliksa Zarębskiego, zwanego Duszyczką, jako że do każdego rozmówcy mówił: duszyczko kochana - rolnika o nieco większym stopniu zamożności –  gdyż posiadał gospodarstwo rolne, około 25 hektarów niezłej ziemi  i nieco sprzętu rolniczego, jak kierat, młocarnia, wialnia itp.

Cała wieś jak i wiele sąsiednich nie miała elektryczności. W takiej sytuacji źródłem napędu maszyn rolniczych był przeważnie kierat, do którego zaprzęgano konie. Maszyny napędzane silnikami spalinowymi posiadały jedynie czasami duże majątki ziemskie.

Wszystkie mniejsze gospodarstwa rolne wykonywały prace rolne bez użycia maszyn lub je wypożyczając, o ile taka możliwość istniała.

Do ogrzewania każdej z klas - w szkole do której uczęszczałem - służył żelazny piecyk opalany drewnem ofiarowanym dla szkoły przez właściciela budynku. Ścinał on na ten cel, w odpowiednim czasie, drzewa rosnące na terenie swojego gospodarstwa i ciął je na kloce.

Starsi chłopcy rozrąbywali te kloce na drwa. Rozpalanie i podtrzymywanie ognia w piecyku oraz wszystkie prace z tym związane należały do uczniów - dyżurnych.

Tak więc szkoła funkcjonowała dzięki dobrej woli i zaangażowaniu. Nikt nie brał pod uwagę, że to może być praca za ciężka lub zbyt niebezpieczna dla dzieci.

Można jedynie ubolewać, że właściciel szkolnego terenu i lokum, Feliks Zarębski, mimo społecznego, znaczącego zaangażowania w funkcjonowanie szkoły, po wojnie, zamiast gloryfikacji, spotykał jedynie represje, jako kułak, jednostka ustrojowo niepoprawna.

Kiedy zaczynałem naukę, w szkole uczyły dwie nauczycielki: Sabina Winnikowa, mieszkająca w Żyrardowie i Zofia Konwałowa, mieszkająca w Międzyborowie.  Codziennie pieszo przemierzały odległości do szkoły oddalonej od ich miejsca zamieszkania - jedna sześć a druga cztery kilometry. W dodatku odległości te musiały pokonywać ścieżkami, po bezdrożach, co szczególnie w okresie zimy a także wiosennych roztopów nie było łatwe.

Tu należy się wyjaśnienie. Nasza wieś nie była ulokowana przy drodze jak to często bywa. Jej domy były porozrzucane na całej przestrzeni. Wokół domów - najczęściej drewnianych o dachach krytych słomą - mieszkańcy mieli przeważnie swoje poletka, chyba że z różnych rodzinnych podziałów wynikało inaczej. Do poszczególnych domów docierało się wędrując najczęściej miedzami sąsiadujących pól. Bywało, że niektóre miedze były rozorane, gdy sąsiadami byli wieśniacy o usposobieniach Kargula i Pawlaka, bohaterów filmu “Sami Swoi”.

Ja do szkoły miałem około jednego kilometra - blisko w porównaniu z nauczycielkami. Pierwszy raz do szkoły zaprowadziła mnie matka.

Nauczycielka wypytała mamę co ja umiem i do której klasy chce mnie zapisać. Mama uznała, że powinienem zacząć od pierwszej, bo chociaż znam trochę litery to mnie nikt nie uczył.

W rzeczywistości to z czytaniem i rachunkami radziłem sobie lepiej niż trzeba było, a to z powodu, że o wiele rzeczy wypytywałem wcześniej starszego brata i jego kolegów. Słabą moją stroną było staranne pisanie i rysowanie.

Pisało się wówczas piórem ze stalówką maczaną w atramencie wypełniającym kałamarze, w szkole ulokowane w ławkach. Często atrament bywał zanieczyszczony, zbyt rozwodniony lub za gęsty.

Lubiłem chodzić do szkoły. W szkole poznałem nowych kolegów, z nauką nie miałem problemów, a przerwy między lekcjami wypełniane były dziecięcymi zabawami.

Szkoła do której zacząłem uczęszczać była wówczas czteroklasowa. Zajęcia dla klasy pierwszej i drugiej odbywały się często jednocześnie w jednym pomieszczeniu. Jedna z klas otrzymywała zadanie do cichego opracowywania np. klasa pierwsza stawianie kresek, literek, czy rysowanie. W tym czasie nauczycielka prowadziła wykład dla drugiej klasy. Wszystko odbywało się pod całkowitą jej kontrolą.

Skala ocen wykonywanych prac mieściła się w zakresie 1 do 5, lecz przy niedostosowaniu się do poleceń nauczycielki lub nie odrobieniu zadanej lekcji stosowane były kary cielesne, tzw. “łapy”.

Wykonanie takiej kary miało następujący przebieg. Karany miał obowiązek wyciągnąć przed siebie wyprostowaną rękę z otwartą dłonią. Nauczycielka chwytała jedną ręką za palce delikwenta, w drugą natomiast brała najczęściej jego drewniany piórnik i wymierzała nim razy.

Ilość takich uderzeń była zazwyczaj wcześniej zapowiadana.

Wymierzanie kar cielesnych było aprobowane przez ogół rodziców. Nie zauważyłem, by nauczycielki stosowały kary bez uzasadnienia, chociaż na pewno częściej sięgały po ten środek będąc w złym humorze lub rozzłoszczone.

Uczniowie i uczennice przyjmowali natomiast te kary raczej jako reguły pewnej gry, element ryzyka itp.

W domu prawdopodobnie nikt nie chwalił się że dostał “łapy” - mogłaby być poprawka od ojca, surowsza niż kara nauczycielki.

Opisując system ocen zwróciłem uwagę na stosowane kary jako pewien relikt przeszłości. System jednak nie polegał jedynie na karach. Dostawaliśmy również piątki jako symbol najwyższej oceny oraz różne pochwały i wyróżnienia a stosowanie “łap” wśród pierwszoklasistów było rzadkością.

 

poniedziałek, 30 listopada 2015

W rejonie naszego zamieszkania większość mieszkańców, w większym lub mniejszym stopniu mówiła gwarą, prawdopodobnie trudną do zaklasyfikowania, bo chyba to nie była gwara mazowiecka, ani warszawska, tylko wiejska, stanowiąca mieszankę różnych naleciałości i miejscowych nawyków.

Wymowa w tej gwarze była mi trochę obca a do jej uczenia zniechęcali mnie rodzice i nauczycielki.

Słowa o brzmieniu: kuń, cielok, źrebok, burok, łociec, łobora, czy też zwroty: dej kotewi, wyciung rynke, podoj talyrz itp. - były w podstawowym obiegu.

Dzieci próbowały  przenieść do czytania: kunia, buroka itp., ale na to nie pozwalały nauczycielki.

W takich to warunkach zdobywałem pierwszą szkolną wiedzę.

Mieszkaliśmy mniej więcej w połowie drogi między stacjami Jaktorów i Międzyborów. Każda z tych stacji była oddalona, od naszego miejsca zamieszkania, około trzy kilometry. Częściej jednak bywaliśmy w Jaktorowie.

Właśnie tam kiedyś wiosną 1944 roku wybrałem się z jakiegoś powodu i znalazłem się w pobliżu zatrzymanego na stacji pod sygnałem niemieckiego transportu wojskowego.

Na platformach wagonów kolejowych było dużo żołnierzy niemieckich i sprzętu wojskowego.

Podążali na front. Przed jedną platformą zatrzymała się grupka dzieci zwabiona cukierkami niemieckiego żołnierza. Zbliżyłem się do nich i ja.

W tym czasie drugi żołnierz pijany zaczął pokazywać na nas i wrzeszczeć że jesteśmy dziećmi bandytów i że trzeba nas wszystkich powystrzelać, na dowód czego zdjął karabin i lufę skierował w naszą stronę.

Większość dzieci rozpierzchła się. Zostałem tylko ja z jakąś dwójką dzieci, prawdopodobnie tak jak ja nieświadomych zagrożenia i przekonanych, że pewno żołnierz chce nas tylko nastraszyć.

W rezultacie żołnierz pociągnął za spust i pewno stałbym się jego celem, gdyby nie drugi żołnierz, który podbił mu lufę do góry. Gdy padł strzał, koledzy pseudo bohatera odebrali mu broń. Z otoczenia opisanego żołnierza wychylił się inny żołnierz i w czystej polszczyźnie nakazał byśmy natychmiast odeszli. Z niedowierzaniem i lekką niechęcią spełniliśmy jego żądanie. Ciekawi byliśmy dalszego ciągu widowiska, gdyż pijany żołnierz teraz cały swój gniew skierował na swoich kolegów, czym ich prawdopodobnie zirytował.

Po chwili pociąg ruszył a ja wróciłem do domu bogatszy o jedno doświadczenie, a mianowicie, że są różni Niemcy: tacy co chcą do wszystkich strzelać, rozdają cukierki, mówią po polsku.

Kiedy opowiedziałem tą historię mamie - rodzice zabronili mi chodzić samemu do Jaktorowa.

Linia kolejowa Warszawa - Żyrardów przebiegała w odległości kilkuset metrów od naszego gospodarstwa. W planach rozwojowych kolei było wybudowanie niedaleko od nas stacji kolejowej.

Z tego powodu ojciec w 1936 roku zakupił te grunty licząc na zwyżkę ich ceny. Został już wybudowany kolejowy posterunek blokowy i sygnalizacja. Plany te zostały jednak zmienione ( prawdopodobnie na skutek lobbingu......jak to się teraz mówi) i stację wybudowano o dwa kilometry dalej, w Międzyborowie.

Nasi najbliżsi sąsiedzi, to z jednej strony Centkowscy, z drugiej Zarębscy, dalej zaś Kamienieccy, Różańscy, Palarczykowie i Wojciechowscy. Najwięcej życzliwości i pomocy w przetrwaniu i zagospodarowaniu świadczyli nam Centkowscy.

Centkowski Michał - znał rzemiosło gospodarskie tak jak nauczył się go od swojego ojca i trochę schlebiało mu jeżeli mógł występować w charakterze nauczyciela, ucząc mojego ojca orać, siać, młócić i wykonywać szereg innych prac.

Był starszy od mojego ojca około 10 lat. Jego żona Zofia uczyła z kolei moją matkę wielu prac gospodarskich przynależnych kobietom a także dzieliła się z nią swoim doświadczeniem.

Centkowscy mieli czworo dzieci. Najstarszy Franek, już dorosły, przeważnie przebywał poza domem. Próbował zarabiać na swoje utrzymanie kradnąc węgiel transportowany koleją.

Zajęcie to nie należało w czasie wojny do nagannych i było nagminne. Umawiane były wcześniej punkty odbioru węgla i w tych miejscach podejmowane były próby jego zwalenia z wagonu.

Ze względu na częste kradzieże transportów kolejowych i to nie tylko węgla ale także żywności i sprzętu wojskowego - Niemcy dla ochrony tych transportów zaczęli osadzać pociągi konwojentami.

Z relacji przypadkowych świadków wynikało że Franek Centkowski zginął od kuli konwojenta. Jego ciało zostało na wagonie i co się z nim stało nikt później nie ustalił.

Stosunki z naszymi drugimi sąsiadami Zarębskimi, mimo że były  poprawne, nie były takie serdeczne jak z Centkowskimi.

Otóż mój ojciec, aby wybudować dom, wynajął u Zarębskich noclegi. Korzystał z nich dopóki opłacał je z góry. Kiedy zabrakło mu pieniędzy i poprosił o zgodę na późniejsze zapłacenie nie uzyskał takiej zgody.

W tej sytuacji ojciec próbował spędzić noc pod gołym niebem, mimo że były to zimne, wczesno wiosenne dni.

Zauważył to właśnie Michał Centkowski. Gdy dowiedział się o co chodzi, zaoferował ojcu noclegi do końca budowy za darmo. Był to ewidentny przykład że przyjaciół poznaje się w biedzie.

Zarębscy mieli trzech dorosłych synów w wieku: 21, 24 i 27 lat. Byli to sympatyczni młodzi ludzie o sposobie bycia odstającym nieco od oschłego wyrachowania rodziców. Nastawieni byli do otoczenia przyjaźnie a mnie czasami częstowali wiśniami, śliwkami lub jabłkiem, których czujnie strzegł ich ojciec, gdyż w okolicy nie było zbyt wiele owoców.

Otóż któregoś wczesnego, wiosennego ranka przyszli do Zarębskich Niemcy.

Mieli informację że trzej synowie Zarębskiego są partyzantami. Zastali tylko dwóch - Tadka i Kazika. Średniego wiekiem Julka nie było w domu. Tydzień wcześniej ożenił się i był w sąsiedniej wiosce u żony. To go uratowało.

Jego braciom Niemcy kazali wykopać dół pod oknem domu i ich rozstrzelali na oczach rodziców.

Następnymi naszymi sąsiadami byli Kamienieccy, Mieli troje dzieci.

W długie jesienne i zimowe wieczory Kamienieccy i Centkowscy spotykali się towarzysko z naszymi rodzicami. Spotkania odbywały się raz u nas, innym razem u Kamienieckich lub Centkowskich.

Siadano wówczas i opowiadano różne historie. Czasem mężczyźni zbierali się pograć w karty, innym razem kobiety drzeć pierze. Z opowiadaniem dowcipów i żartów najlepiej wychodziło Kamienieckiemu. Znał ich wiele i umiał opowiadać. O duchach i niestworzonych historiach najczęściej opowiadała jego żona. Poza tym mężczyźni opowiadali swoje wojenne i życiowe przygody.

Wśród poruszanych tematów były też rozważania na temat toczącej się wojny. Wiadome już było że cały świat prócz Włoch i Japonii przeciwstawia się Niemcom i że Niemcy muszą przegrać tę wojnę.

Zadawano sobie pytanie, kiedy to nastąpi i co będzie potem, czy wkroczą Rosjanie, czy będzie komuna i jak będzie wyglądała.

Kiedy rodzice wybierali się np. do Kamienieckich, my z bratem zostawaliśmy w domu. Najczęściej wówczas przychodził do nas ich syn Edek oraz Heniek Centkowski. Było to również forum towarzyskie tylko na niższym szczeblu.

Dawali mi czasem zaciągnąć się dymem z papierosa, abym ich nie wydał przed rodzicami. Z ich różnych dyskusji i opowiadań dowiadywałem się, że dzieci niekoniecznie muszą być przynoszone przez bociany, oraz gdzie który co widział i słyszał. Relacje o 6 lat starszych ode mnie młodzieńców były dla mnie ciekawe i pouczające. Uświadamiały mi że muszę jak najszybciej stać się jeżeli nie dorosły, to choćby starszy.

W zimie większość czasu poza obowiązkowym pójściem do szkoły spędzało się w domach. Kiedy śnieg zasypał pola i ścieżki poruszanie się w terenie było trudne, szczególnie gdy obuwie stanowiły trepy.

Ale mieliśmy też swojego rodzaju rozrywkę.

Otóż u sąsiadów Zarębskich była sadzawka, płytka, w lecie zarośnięta tatarakiem i sitowiem. W lecie tylko na przestrzeni kilku metrów służyła maluchom do pluskania się. W zimie natomiast tworzyła sporą tafle lodową umożliwiającą grę w hokeja.

Oczywiście hokeiści nie mieli łyżew, poza  nielicznymi wyjątkami. Grał zazwyczaj każdy, kto w danym czasie przyszedł na lodowisko, z tego powodu wiek zawodników był zróżnicowany.

Kije do hokeja robiło się z odpowiednio zakrzywionych gałęzi, krążek stanowił drewniany klocek.


Kiedy kończyła się zima i zaczynały prace w polu, czasu na zabawę było mniej. Miejscem dającym rozrywkę była szkoła, gdzie na przerwach między lekcyjnych można było uczestniczyć w różnych grach i zabawach.

Ukończenie pierwszej klasy miało dla mnie momenty dramatyczne. Otóż niedługo przed zakończeniem roku szkolnego, gdy biegaliśmy boso po łączce przyszkolnej, jeden ze starszych uczniów wziął mnie pod ramię i naprowadził dla zabawy na specjalnie przygotowaną i ukrytą w ziemi deseczkę z gwoździem.

Gwóźdź na wylot przebił mi nogę w okolicy przedłużenia dużego palca, tak że z trudem go wyrwałem. Miało to dla mnie bardzo przykre następstwa. Gwóźdź i noga były brudne. Nie było środków dezynfekcyjnych, ani dostępu do lekarzy - wojna.

Gdy wróciłem do domu rana opuchła i zaczęła ropieć. Ból nie pozwalał mi opuścić w dół nogi. Przez wiele dni miałem silną gorączkę. Przemieszczałem się w obrębie domu na rękach z bolącą nogą podniesioną do góry.

Rodzice obawiali się gangreny. Ja zdawałem sobie tylko sprawę z okropnego bólu jaki mi dokuczał przez około dwa miesiące.

Świadectwo z ukończenia pierwszej klasy, z wynikiem bardzo dobrym przyniosła mi koleżanka z sąsiedztwa - Irenka Różańska. Było całe pokrwawione, gdyż pobiły ją jakieś dzieci i pochlapała je krwią z rozbitego nosa. Wydarzenie to było o tyle nietypowe gdyż owa koleżanka nigdy nie angażowała się w żadne zatargi i wszystkim ustępowała.

Gdy mnie natomiast po drodze ze szkoły wydarzyło się rozstrzygać spory walką - Irenka, by mi pomóc, nosiła mój drewniany tornister. Z czasem zagoiła się moja chora noga, a ja wróciłem do normalnego funkcjonowania.

To, że istniała wojna wiedziało każde dziecko, choć tak naprawdę na czym to polega wiedziałem tylko trochę z rozmów dorosłych. Niemcy do nas nie docierali. Widziałem ich jedynie w transportach kolejowych.

Obserwowaliśmy też nieraz niebo na tle którego liczyliśmy czasami po kilkaset niemieckich samolotów. Leciały bardzo wysoko i wydawały się bardzo malutkie. Zastanawialiśmy się jak ich bomby z takiej wysokości mogą trafić w ludzi.

To, że niedaleko od nas, bo w odległości około 1,5 km, wykoleił się pociąg, nie od razu kojarzyłem z wojną. Dorośli tylko półsłówkami o tym mówili w obawie, by fakt ten nie spowodował represji. Wszyscy jednak wiedzieli, że to była dywersja.

Zaraz po tym wydarzeniu Niemcy obsadzili wartownikami placówki kolejowe.W kilkanaście dni później dwóch takich wartowników odwiedziło nasz dom. Przyszli pod pretekstem napicia się mleka. Jeden z nich mówił po polsku i próbował wciągnąć naszego ojca w dyskusję na tematy polityczne i wojskowe. Sugerował, tak niby od niechcenia, że do nas na pewno przychodzą partyzanci i mamy aktualniejsze wieści z frontu niż oni.

Drugi wartownik nie znał polskiego języka ale znał pewnie przydzielonego mu kolegę i wiedział o jego misji. Z za jego pleców zasłonił palcami usta wskazując gestem mojemu ojcu aby raczej milczał.

Nadeszły żniwa. Znaczna część naszego areału obsiana była żytem. Żyto, nie mające zbyt dużych wymagań glebowych i uprawowych, rodziło się na tej ziemi nienajgorzej. W 1944 roku warunki pogodowe były sprzyjające i zbiory żyta mieliśmy dobre.

Przy pracach żniwnych wszyscy mieliśmy zajęcie. Ojciec kosił, mama zbierała i układała, brat wiązał, ja grabiłem rżysko. Oczywiście wcześniej snopki musiały być zniesione i ustawione w kopki po 15 sztuk. Snopki nosiliśmy wszyscy, a gdy tata stawiał pierwszy snopek nowej kopki, ja go przytrzymywałem, by się nie przewrócił. Przy okazji ojciec podkreślał wielką wagę mojego zajęcia, wbijając mnie tym w dumę.

Chociaż przy żniwach praca dla wszystkich była ciężka, ojciec starał się podkreślić tak jej znaczenie i wagę, by każdy z nas miał satysfakcję z jej wykonywania.

Po kilkunastodniowym przeschnięciu zboże zostało zwiezione do stodoły. Zwózka odbywała się już w atmosferze wieści o powstaniu w Warszawie i zbliżającym się froncie. W ogóle to wieści rozchodziły się nie bardzo wiadomymi drogami. Każdy kto mówił, że coś słyszał, nie mówił raczej skąd ma te wieści.

Wiele informacji pochodziło od kolejarzy, ale również z partyzanckich ośrodków kontaktowych. Mimo że za posiadanie odbiornika radiowego groziła kara śmierci, ośrodki kontaktowe były wyposażone w odbiorniki i nadajniki radiowe o istnieniu których dowiadywaliśmy się dopiero po wojnie.

Z informacją o wybuchu powstania warszawskiego dotarły do nas komentarze o jego celu. Tłumaczono sobie że powstanie własnego wojska zabezpieczy nas przed zrobieniem z Polski - Republiki Rosyjskiej.

Porównywano także sytuację z zaborów ale ta była nieporównywalna z hitlerowskim terrorem. Wiedziano że gdy przyjdą Rosjanie gorzej być nie może niż pod panowaniem Hitlera.

Nasi współmieszkańcy słyszeli też, że komuna jaką mają Rosjanie jest łaskawsza dla biedniejszych niż możnych, a oni nie czuli się przecież bogaczami i przynajmniej dla siebie nie widzieli bezpośredniego zagrożenia.

Nie wiem czy to sytuacja wojenna, czy też inne względy spowodowały, że  sąsiedzi ściągnęli mechaniczną młockarnię, z  majątku ziemskiego i kolejno robili omłoty, które i do nas dotarły.

Po żniwach i omłotach zostały jeszcze wykopki, ale i one z czasem zaczęły dobiegać końca. Nadchodziła złota polska jesień.

Nadchodziły też wieści, że Warszawa dalej walczy, a front zatrzymał się nad Wisłą. Pojawiały się na ten temat różne spekulacje. Zastanawiano się między innymi, czy bolszewicy nie zechcą wejść w układy z Niemcami i nie dokonają nowego rozbioru Polski z granicą na Wiśle. Znaczna ilość mieszkańców pamiętała przecież zabory.

 

Był ranek 29 września 1944 roku. Ojciec nasz z sąsiadami: Centkowskim, Kamienieckim i innymi poszedł odrabiać tak zwany szarwark, na terenie oddalonym około 3 kilometry od naszego domu. Datę zapamiętałem między innymi dlatego, że kojarzyła się z imieninami Michała Centkowskiego, któremu z życzeniami przygadywano, by z tej okazji postawił flaszkę wódki.

Matka poszła na koniec naszego pola - około 700 metrów od domu - by wykopywać resztę ziemniaków. Mój starszy brat Jurek poszedł do Jaktorowa. Ja zostałem sam w domu i wybierałem się do szkoły w Budach Zosinych mieszczącej się na kierunku przeciwnym niż Jaktorów.

Gdy miałem wychodzić z domu przyszła do nas sąsiadka - pani Centkowska.

Powiedziała że szkoła na Budach jest nieczynna, stoi tam polskie wojsko - powstańcy. Zamiast do szkoły mam iść do mamy i powiedzieć żeby koniecznie wracała do domu.

Nie bardzo mi odpowiadało zalecenie pani Centkowskiej. Jeżeli w szkole jest wojsko polskie, to ja powinienem iść mu na spotkanie. Może by i mnie przyjęli do wojska, albo bym się im na coś przydał. Jednak autorytet sąsiadki zwyciężył i pobiegłem do matki.

Mama w oparciu o moje nieprecyzyjne informacje niewiele się dowiedziała, uwierzyła jednak że pani Centkowska na próżno nie ściągała by jej z pola. Udała się do domu. Ja wracając miałem zabrać krowy z pastwiska, które w okresie późno-jesiennym pasły się wspólnie na łąkach należących do kilku sąsiadów

Po drodze spotkałem znajomego, Edka Pawlaka, starszego ode mnie około 6 lat.

Trochę się nudził i zawołał mnie na pogawędkę. Podczas rozmowy zauważyłem w oddali, na kierunku naszego domu, grupy ludzi i wozów.

Już kiedyś spotkałem coś podobnego rok wcześniej. Wówczas byli to Cyganie. Ale teraz? Podzieliłem się swoimi uwagami ze znajomym. Nie odpowiadała mu wersja z Cyganami, gdyż wiedział że Cyganie mają zakaz wędrowania i w czasie dnia nie przemieszczali by się tak dużym zgrupowaniem.

Opowiedziałem mu w skrócie to, co mówiła mi sąsiadka o polskim wojsku. Nie pasowała mi jednak wersja, że to maże być wojsko. Nie maszerowali w szeregu, byli w cywilnych ubraniach - bez mundurów - przypominali raczej tabor cygański niż wojsko.

W istniejącej sytuacji mój rozmówca podpowiedział mi żebym raczej wracał do domu. Zabrałem po drodze naszą krowę i jałówkę. Kiedy przebyłem około 1/3 odległości w kierunku domu i przeganiałem bydło przez strumyk usłyszałem strzał i świst kuli.

Strumyk miał spore zagłębienie, był świeżo uregulowaną małą rzeczką. Wskoczyłem do niego. Wiedziałem że zagłębienia chronią przed kulami. Ojciec nawet na obrzeżu podwórka wykopał schron, który miał chronić, gdyby przez nasze tereny przechodził front.

Krowy napiły się wody w strumyku i ruszyły w kierunku domu. Zaryzykowałem wysunąć głowę ponad zagłębienie strumyka. W tym czasie padły dwa strzały, a kule jak mi się przynajmniej wówczas wydawało, zaświstały nad moją głową.

 Zacząłem rozważać. Może to wojsko polskie z daleka nie rozpoznało że jestem Polakiem i strzela do mnie myśląc że jestem Niemcem. Kiedy tak się zastanawiałem, usłyszałem wołanie mojego brata, który biegł mi na przeciw.

Pobiegliśmy pędząc przed sobą krowy. Ja, kiedy ochłonąłem, poczułem się pewniej i pozostałem nieco z tyłu za bratem.

Spotkałem trzech jeźdźców konnych. Jeden z nich spytał mnie gdzie tu mają konie. Nie byłem pewny, czy mogę udzielić mu takiej informacji. Kiedy się wahałem, on wskazał konkretne budynki na kierunku jazdy i spytał, czy tam mają konia? Skinąłem głową że tak. Ruszył we wskazanym kierunku a ja w kierunku domu.

W odległości około 40 metrów od naszego domu drogę powrotu zagroziły nam zwarte kolumny marszowe i tabory. Zaczęły padać strzały. Ktoś z powstańców widząc nasze problemy wstrzymał na moment furmankę i umożliwił nam przejście do domu. Oczywiście z krowami które zapędziliśmy za ogrodzenie przydomowego pastwiska porośniętego olszynami i brzozami.

Mama rano przed wyjściem w pole upiekła w piecyku ciasto z jeżynami. Mając żyto i trochę pszenicy łatwiej było o mąkę. Jeżyny natomiast rosły w naszej olszynce i były właściwie jedynym naszym owocem.

Ciasto chociaż niedosłodzone było bardzo smaczne, szczególnie w tamtych czasach. Jeden placek mama wyniosła przed dom i ukroiła nam z niego po kromce. Obstąpili ją powstańcy prosząc o cokolwiek do jedzenia, gdyż od kilku dni nic nie jedli.

Pokroiła resztę placków oraz chleby jakie były w domu i rozdała.

Coraz częściej zaczęły padać strzały i powstańcy rozbiegli się po okolicy.

Powstańcy którzy dotarli do naszej miejscowości tworzyli zgrupowanie powstałe z oddziałów które z okrążonej Warszawy przedostały się do Puszczy Kampinoskiej i próbowały przedostać się w Góry Świętokrzyskie.

Do wsi Budy Zosine dotarli poprzedniego dnia wieczorem.

Dowództwo powstańcze zatrzymało się na noc w budynku szkoły do której uczęszczałem. Z relacji mieszkańców wsi którzy znaleźli się w otoczeniu dowództwa, opowiadano później, że zgrupowanie nie miało sztabu o uporządkowanej hierarchii a kierowali nim dowódcy poszczególnych oddziałów, którzy jedynie bieżąco uzgadniali najbliższe zamierzenia.

Podobno nie wszyscy byli zgodni co do przyjętej marszruty. Z tego powodu część powstańców pod osłoną nocy niepostrzeżenie opuściła wieś nie napotykając żadnych przeciw działań ze strony niemieckiej.

Ci którzy zostali, uważali że stanowią zgrupowanie tak duże, że nie będą śmiały zaczepić ich miejscowe jednostki, a pobliskie formacje nieprzyjacielskie z frontu nie osłabią swych linii.

Ich założenie i rozeznanie w sytuacji było błędne. Niemcy obserwowali ruchy zgrupowania, ono samo natomiast nie posiadało operatywnego zwiadu.

Tory kolejowe które powstańcy mieli do pokonania na kierunku swojej marszruty, usytuowane były na wysokim nasypie otoczonym rowami. Nie było więc możliwości by furmanką lub jakimś pojazdem można je było przekraczać w dowolnym miejscu. Oddziały powstańcze kierowały się więc do przejazdów kolejowych w Jaktorowie.

Ci powstańcy którzy przedarli się nocą przez opisaną linię kolejową, do przeprawy wykorzystali nie przejazd kolejowy a kanał przepływowy małej rzeczki.

Linia marszruty oddziałów powstańczych była zbieżna do torów kolejowych pod kątem około 45 stopni.

Gdy czoło oddziałów znalazło się w odległości około 200 metrów od torów - Niemcy zastosowali zmasowany atak. Do tego ataku byli przygotowani. Na torach kolejowych mieli ustawione trzy pociągi pancerne. Wzdłuż torów i na terenie wsi rozlokowano gniazda ciężkich karabinów maszynowych.

Gdy rozgorzała strzelanina, mama niepewna jak się zachować, zwróciła się do jednego z powstańców prowadzących ostrzał z za naszego domu pytając, czy lepiej kryć się w domu, czy za domem. Odpowiedział, że najlepiej byłoby gdybyśmy w ogóle opuścili dom, ze względu na prowadzony tu przez nich ostrzał.

W tym czasie od sąsiadów Centkowskich zaczęto dawać nam znaki i wołać byśmy przyszli do nich. Mama kazała mnie i bratu, szybko, chyłkiem tam pobiegnąć, sama zaś wróciła po coś do mieszkania.

Bałem się wychylić z za domu. Donośny terkot karabinów maszynowych i odgłosy masowej strzelaniny dobiegały tuż za domem. Wydawało mi się że wszystkie świszczące kule dopadną mnie natychmiast gdy tylko odejdę od domu.

Nie chciałem iść pierwszy. Starszy brat Jurek musiał mi dać przykład. Przypuszczam że też się bał, ale chyłkiem wbiegł na międzysąsiedzką ścieżkę i za chwilę był już u sąsiadów. Zdecydowałem się i ja .

Rozglądając się czujnie, wychyliłem się za obrzeże domu. Gdzieś nad moją głową poszybowało kilka serii z cekaemu. Żadna mnie nie trafiła. A więc to oni nie do mnie strzelają - pomyślałem. Zacząłem spokojnie iść w kierunku sąsiadów, zatrzymując się i rozglądając, by wypatrzyć skąd i do kogo strzelają.

Gdy byłem w połowie drogi, usłyszałem krzyki i wołanie sąsiadów. Odgłosy strzałów i świst pocisków były jednak tak głośne że nie pozwalały mi zrozumieć o co w tych wołaniach chodzi. Obejrzałem się do tyłu na nasz dom. Tam krzyczała i machała matka. Byłem zdezorientowany, chciałem zawrócić lecz mama gestem i krzykiem dała mi znak że nie o to chodzi.

Dotarłem wreszcie do miejsca gdzie ulokowali się sąsiedzi. Był to wyschnięty, poszerzony w tym miejscu rowek, który w okresie wiosennych roztopów i zwiększonych opadów napełniał się wodą spływającą do pobliskiej rzeczki.

W chwilę po mnie przybiegła też mama. Zatrzymała się w domu po to, by zostawić dla ojca kartkę na stole z informacją gdzie jesteśmy.

Wyjaśniło się też, że wołania, zarówno sąsiadów, jak też matki, miały na celu nakłonienie mnie do szybkiego pokonania niebezpiecznego odcinka, na jakim się znalazłem.

Gwałtowny atak jaki zastosowali Niemcy, uniemożliwił powstańcom wycofanie tego taboru, który był na przedzie kolumny. Na wozach były przeważnie: żywność, bandaże, odzież, amunicja. Wozy trafiane pociskami zapalającymi stanowiły jeżdżące pochodnie. Płonące i strzelające wozy były zagrożeniem dla całej okolicy, zarówno dla domostw jak też ludzi. Konie wystraszone strzałami, wybuchami i ogniem, biegały oszalałe tak długo aż nie padły od ran lub zerwały zaprzęgi.

Kiedy rozgorzała walka ujrzeliśmy płonący dom Barańskich.

W chwilę potem zauważyliśmy że płonie nasza stodoła oraz dom i stodoła naszego sąsiada Palarczyka. Nasza stodoła jak zresztą i inne pokryta była słomianą strzechą. Płomień momentalnie ją ogarnął, zapalając również obok stertę słomy składowanej po niedawnych omłotach. Dzień był pogodny, wszystko było suche i łatwopalne a ogień intensywny.

W pewnym momencie zauważyliśmy że ogień od płonącej stodoły przemieszcza się po płocie w kierunku domu. Nie było z nami w tym czasie ani naszego ojca, ani sąsiada. Trwał intensywny ostrzał.

W takich warunkach nasza mama zdecydowała się ratować dom. Pobiegła pod ostrzałem pod dom, rozrąbała siekierą płoty i je rozdzieliła. Ryzyko było duże, odwaga matki bardzo wielka.

Działanie jak się później okazało było skuteczne - dom ocalał.

Na niebie pojawiło się kolejno kilka niemieckich samolotów i zaczęło krążyć nad okolicą. Miały prawdopodobnie za zadanie dokonać rozpoznania w terenie.

Kiedy samolot nadlatywał - wszyscy zamierali. Ktoś twierdził że ci z samolotu widzą tylko jak się coś na ziemi rusza, a tak to nie widzą. Zastanawiałem się jak to jest naprawdę i trochę nie dowierzałem takiemu twierdzeniu. Przecież my widzieliśmy pilota a wraz z nim strzelca który wysunął w naszym kierunku lufę karabinu maszynowego. Na szczęście nie strzelał do nas. Strzelał natomiast gdzieś obok, skąd słychać było naziemne wystrzały. To partyzanci ze zwykłych karabinów próbowali zestrzelić patrolujące samoloty.

Jeżeli chodzi o samoloty, były to przeważnie jakieś stare przedwojenne, cywilne klamoty. Tylko kilka razy nadleciał lotem koszącym myśliwiec, ale jego szybkość i zaskoczenie nie pozwoliły powstańcom nawet do niego wycelować.

Kilka samolotów zostało jednak trafione. Ja widziałem dwa. Jeden z nich jednosilnikowy dwupłat trafiony prawdopodobnie pociskiem zapalającym w jakiś pojemnik oleju okropnie dymił. Kiedy został trafiony zawrócił i zaczął obniżać wysokość lotu. Około 2 kilometrów dalej spadł i został rozerwany wybuchem paliwa przy zetknięciu z ziemią.

Pilot wcześniej wyskoczył na spadochronie na teren kontrolowany przez Niemców i się uratował.

Drugi z samolotów dwusilnikowy jednopłat który widziałem jak został trafiony, zadymił małą stróżką a na ogonie pojawiły się płomienie. Zawrócił i podobno wylądował około 3 kilometrów dalej na łąkach. Pilot i jego pasażer zdążyli wyskoczyć zanim cały stanął w płomieniach.

Przy pierwszych podejściach samolotów, mimo że nie były bojowe, istniała obawa że mogą stanowić dla nas zagrożenie. Gdy samolot nadlatywał wszyscy przywierali do krawędzi rowka, tak by zmniejszyć powierzchnię ewentualnego celu.

Moje miejsce przypadało tuż przy korzeniach topoli, samotnie rosnącej nad rowkiem. Kiedy zalecono mi bym się krył, tak by nie widziano mnie z samolotu, zacząłem wygrzebywać ziemię spod korzeni topoli, trochę jakąś łopatką, trochę gołymi rękami, tak że utworzyłem podkop, w którym gdy się wcisnąłem, byłem prawie całkowicie niewidoczny.

 

Bitwa cały czas trwała. Na wprost naszego pola widzenia znajdowały się zabudowania naszego gospodarstwa z płonącą stodołą. Z lewej strony od tych zabudowań był otwarty kilkunastohektarowy teren. Z prawej natomiast strony była olszynka z drzewami w większości młodymi. Przez nią przebiegał wyschnięty rowek odwadniający w którego zagłębieniu leżeliśmy w dalszej jego części.

Dalej za olszynką były zabudowania sąsiadów i trochę różnych drzew dających pewną osłonę maskującą. Tam właśnie skryła się znaczna część powstańców gdy nastąpił zaskakujący ostrzał niemiecki.

Przedarcie się powstańców przez niemieckie punkty ogniowe stało się niemożliwe. Pozostawanie pod niemieckim ostrzałem nie miało sensu. Powstańcy małymi grupkami zaczęli się wycofywać. Przemieszczali się w dużej mierze wzdłuż wspomnianego rowka którego zagłębienie chociaż niewielkie dawało jednak pewną osłonę.

Kiedy powstańcy chyłkiem przechodzili obok nas, zawsze się ktoś wśród nich znalazł, kto ponaglał by nas nie narażać swoją obecnością.

W grupie jaką stanowiliśmy byli: sąsiadka Centkowska z dorosłą córką Michaliną i najmłodszym jej synem 14 letnim Heńkiem, ja z mamą i 14 letnim batem Jurkiem, oraz sąsiadka Kamieniecka z 15 letnią córką Marysią i 14 letnim synem Edkiem których domostwo pozostawało na otwartej przestrzeni i bali się pozostać sami w domu.Łącznie nasza grupa stanowiła 4 kobiety i 5 dzieci.

Siedemnastoletniego syna Centkowskich - Tadka, jeszcze przed starciem, powstańcy wysłali w kierunku Jaktorowa, aby dowiedział się, czy nie ma tam Niemców.

Było już późne popołudnie kiedy powstańcy wycofali się poza naszą pozycję. Słabł nieco ostrzał . Wrócili sąsiedzi: Centkowski i Kamieniecki.

Opowiedzieli że wraz z naszym ojcem i innymi zostali zatrzymani przez Niemców kiedy wracali z szarwarku. Niemcy kazali im przeciągać jakiś powstańczy wóz i moździerz. Kiedy wykonali to zadanie zwolniono ich. Zatrzymali jedynie naszego ojca, lecz mówili, że nie wiedzą dlaczego.

Po jakimś czasie wrócił i nasz ojciec. Centkowski powitał go takimi słowami: “myśleliśmy że z tobą już koniec Jasiu - jednak wróciłeś”. Otóż wydarzenia miały następujący przebieg. Oprócz ojca wszyscy pozostali byli wieśniakami z krwi i kości od pokoleń. Można by rzec, że pachniało od nich wsią w każdym geście i ruchu.

Ojciec natomiast posiadał miejskie obycie, z wojska stopień chorążego, na nogach oficerki które ubierał jak wychodził z domu i kurtkę uszytą z wojskowego sukna. Sylwetką i sposobem zachowania nie przypominał wieśniaka. Zauważył to jakiś podoficer niemiecki, który wskazując na ojca rzekł łamaną polszczyzną: “ty nie wieśniak, ty bandit, ty zostać” i przekazał ojca wartownikom pilnującym otoczenia pociągu pancernego.

Ojciec nie znał języka niemieckiego, ale znał sporo prostych niemieckich określeń. Zorientował się, że

biorą go za partyzanta. Nadszedł patrol i niemiecki podoficer zakomunikował ojcu, że zostanie rozstrzelany. Ojciec jednak nie poddał się.

Wiedząc że Niemcy hołdują zasadom pewnej dyscypliny, zażądał widzenia się z komendantem jednostki. Wstrzymano zamiar egzekucji i odesłano ojca do jakiegoś oficera.

Oficer ściągnął tłumacza przez którego ojciec wyjaśnił że jest mieszkańcem tej wsi a dym z za widocznych na horyzoncie olszynek pochodzi z jego płonącej stodoły. Po tym wyjaśnieniu odesłano ojca do starszego oficera. Ten po wysłuchaniu relacji tłumacza i krótkiej wymianie zdań ze swoimi podwładnymi kazał ojcu wracać do domu.

Teren był otwarty. Ojciec nie bardzo dowierzał że pozwolą mu wrócić. W dodatku gdy się przez chwilę zawahał jeden z żołnierzy lufą karabinu wskazał mu kierunek. Początkowo powoli ojciec zaczął oddalać się od Niemców. Gdy po kilkudziesięciu metrach nie padł strzał, obejrzał się na moment do tyłu. Niemcy przez lornetki penetrowali teren. Zrozumiał, że pozwolili mu iść tylko dlatego, żeby sprawdzić, czy widoczny teren dalej pozostaje pod partyzanckim ostrzałem.

Liczył się z tym, że z pewnej odległości może dosięgnąć go z tyłu kula niemieckiego snajpera, lub z przodu kula partyzancka. Szedł przecież od Niemców i partyzanci nie musieli wiedzieć kim jest. W pewnej chwili zaczął biegnąć, zmieniając nieco kierunek swojej marszruty. Dobiegł do trochę zadrzewionego terenu.

Cały ten czas z różnych kierunków słychać było odgłosy strzałów karabinowych i serie cekaemów. To pojedyncze grupy partyzantów powstrzymywały przemieszczanie się niemieckich gniazd ogniowych i ubezpieczały odwrót swoim oddziałom.

W takich warunkach udało się ojcu dotrzeć do nas. W skrócie opowiedział o swoich przeżyciach. Uznał że powinniśmy wracać do swoich domów.

Tworzyliśmy razem sporą grupę i w przypadku spotkania z Niemcami mogłoby komplikować wyjaśnienie kim jesteśmy. Poza tym w naszym ogródku przyległym do podwórka był schron, który mógł dawać lepszą osłonę niż rowek w którym się znajdowaliśmy. Wróciliśmy do domu, już nie ścieżką na otwartym terenie ale rowkiem przy olszynce.

Powoli strzały oddalały się i cichły. Powstańcy wycofali się na drugą stronę wsi.

Zwalone konstrukcje płonącej stodoły buchały żarem. Pod nimi w środkowej części stodoły prażyło się wymłócone żyto, złożone na klepisku, wydzielające intensywną woń spalenizny.

Zbliżał się wieczór. Około jednej godziny przed zmierzchem pojawili się niemieccy żołnierze. Szli tyralierą rozciągniętą na znacznej powierzchni. Wypędzali wszystkich z domów i kazali iść przed sobą. Mężczyznom przydzielali do niesienia skrzynki z amunicją. Dzieci w różnym wieku i kobiety - matki trudno było jednak zdyscyplinować. Ktoś się zatrzymywał lub jakieś dziecko odbiegało hamując tempo pochodu.

Żołnierz który nas eskortował mówił do nas po ukraińsku. Gdy matka nasza zatrzymała się na chwilę przed wyjściem, chcąc zabrać dla mnie sweterek, zagroził że jak natychmiast nie dołączy do grupy lub spróbuje uciec, to on nas zastrzeli.

Niemcy w obawie, że przed zmierzchem nie nawiążą kontaktu ogniowego z powstańcami, po pewnym czasie zrezygnowali z asysty kobiet i dzieci, zatrzymując jedynie mężczyzn.

Wróciliśmy do domu, ale znów byliśmy bez ojca. Wcześniej jak byliśmy w schronie z ojcem, to zalecił nam by mało rozmawiać, a jeżeli chcemy już coś powiedzieć, to po cichu, byśmy słyszeli co dzieje się na zewnątrz. Ta ostrożność była potrzebna. Właśnie przed przyjściem Niemców, których usłyszał, ojciec wyszedł ze schronu i nie był dla nich zaskoczeniem.

Inaczej się miały sprawy u naszych dalszych sąsiadów Wojciechowskich.

Otóż cały czas wszyscy byli ukryci w piwnicy wolno stojącej. Kiedy usłyszeli Niemców nie byli zdecydowani co mają robić. W pewnym momencie gospodarz uznał że należy się pokazać. Zrobił to jednak zbyt energicznie i podczas wychodzenia został zastrzelony.

Tak więc z zachowaniem wszelkiej ostrożności pozostaliśmy w przydomowym schronie. Zapadł zmierzch. W pewnym momencie w oddali rozległa się gwałtowna strzelanina, a niedługo po tym na niebie ukazała się łuna. To w odległości około 2 kilometrów od nas Niemcy natrafili na opór ze strony powstańców i podpalali okoliczne zabudowania, by oświetlić teren.

Prócz oddalonych odgłosów zażartej walki docierały do nas bliższe odgłosy czołgów i wozów pancernych, penetrujących okolicę a ściąganych z frontu odległego zaledwie 30 do 40 kilometrów. Co chwilę rakiety i reflektory - szperacze oświetlały najbliższą okolicę.

Kiedy tyraliera niemieckich żołnierzy została ostrzelana, przypadła do ziemi i otworzyła ogień. Wśród nich był nasz ojciec i nasi sąsiedzi przymuszeni do niesienia amunicji.

Po pewnym czasie Niemcy postanowili skrócić i wyrównać dystans do powstańczych pozycji i dali rozkaz pójścia 50 kroków do przodu. Żołnierze wykonali rozkaz. Ojciec ze skrzynką amunicji pozostał jednak na poprzedniej pozycji. Po chwili nadjechały niemieckie czołgi. Jeden z nich ustawił się tuż obok miejsca w którym znajdował się nasz ojciec i zaczął prowadzić ostrzał z broni maszynowej.

Mimo że zaległa już noc okolicę rozświetlała łuna palących się zabudowań, stogów siana i słomy, oraz blask rakiet. Każda sylwetka była widoczna.

Żołnierz, któremu ojciec niósł amunicję, po wystrzeleniu naboi zaczął dawać ojcu znaki by ten dostarczył mu skrzynkę z amunicją. Ojciec postanowił jednak pozostać na miejscu. Zamarł w bezruchu udając martwego. Nie mógł również wycofać się, gdyż tuż za jego plecami czołgi ogniem krzyżowym ostrzeliwały skrajne pozycje prowadząc niemal ciągły ostrzał. Żołnierz widząc że ojciec nie reaguje na jego polecenia wycelował swój karabin maszynowy w kierunku ojca.

Uniósł się przy tym i wystawił na cel. W tym momencie został trafiony partyzancką kulą.

Po upływie jakiegoś czasu, Niemcy postanowili znowu podciągnąć swoje pozycje o kilkadziesiąt metrów do przodu. Zmiana niemieckich pozycji umożliwiła ojcu wycofanie się poza zasięg ogniowy. Musiał jednak bardzo uważać i zachowywać maksymalną ostrożność, gdyż napotykał punkty nasłuchu radiowego, zainstalowane na przyczajonych w ciemnościach samochodach, oraz grupy niemieckich odwodów. Udało mu się jednak ominąć wszystkie te zagrożenia i dotrzeć do nas nad ranem.

Nasi sąsiedzi przechodzili podczas tej bitwy różne koleje losu. Trochę dalszy nasz sąsiad Michalski i kilku innych mieszkańców, zabranych do niesienia amunicji, zginęło w czasie tych walk.

Bitwa trwała do rana. W całym starciu zginęło, jak wykazują dokumenty, około 330 powstańców.

Liczba zabitych Niemców była nieznana, przynajmniej dla mieszkańców wsi, gdyż sanitariusze starali się każdego trafionego Niemca szybko zabrać z pola walki.

Ranek zastał nas czuwających w przydomowym schronie. Byliśmy trochę głodni i niepewni co dalej. W domu nie było chleba. Ojciec upiekł trochę kartofli w ogniu dopalającej się stodoły.

Po zakończeniu bitwy Niemcy wycofali ze wsi swoje oddziały, lecz o tym dowiedzieliśmy się dopiero po południu od powracających do domów niektórych mieszkańców.

Istniała obawa że Niemcy mogą w każdej chwili wrócić i dokonać pacyfikacji wsi. Takie przypadki miały miejsce we wsiach położonych w sąsiedztwie Puszczy Kampinoskiej, o czym wiedziano z wcześniejszych przekazów.

Wyszedłem za dom, postanowiłem trochę się rozejrzeć. Chciałem pobiec do mojego szkolnego kolegi Leszka Palarczyka, aby zobaczyć co u niego, gdyż u nich spalił się dom i stodoła.

Najprostsza droga prowadziła przez rżysko. Stąpałem powoli ale nie z powodu kłujących kolców rżyska, lecz dlatego że pełno było rozsianych pocisków i łusek karabinowych, a ja byłem przekonany, że gdy na taki pocisk nadepnę, to on wybuchnie i mnie zabije lub rani.

W pewnym momencie ogarnęło mnie przerażenie. Zabrnąłem w tak gęsty posiew pocisków, że nie wiedziałem jak z tego wyjść. Na szczęście zobaczył mnie mój starszy brat Jurek. Widząc mój wzrok wbity w ziemię i moją zatroskaną minę zapytał czego szukam. Zwierzyłem mu się z mojego kłopotu. Nie od razu uwierzyłem w jego zapewnienia że taki pocisk nie wybuchnie. Przyszedł do mnie, wziął kilka pocisków do ręki i odrzucił upewniając mnie tym że nie ma zagrożenia.

W krótkim czasie po tych wydarzeniach wiedziałem jak obchodzić się nie tylko z pociskami karabinowymi ale również z granatami i innym sprzętem wojennym.

To były nasze wojenne zabawki, dla niektórych źle służące, ale to zjawisko jest ogólnie znane. Oczywiście ta rozsiana amunicja pochodziła z płonących i jeżdżących wozów partyzanckiego taboru, łuski z ostrzału.

Gdy minęły pierwsze obawy poruszania się po terenie wsi, do Centkowskich dotarła wiadomość, że ich 17 letni syn Tadek wysłany przez partyzantów na zwiad w kierunku Jaktorowa został zastrzelony przez Niemców.

Jak opowiadali naoczni świadkowie, czoło partyzanckiej kolumny wyprzedzał cywilny patrol niemiecki.

Niezorientowani mieszkańcy początkowo brali ich za partyzantów. Ci Niemcy z patrolu widzieli jak Tadek wyszedł pospiesznie przed partyzancką kolumnę. Zatrzymali go gdy przebył około 1 kilometra i rozstrzelali tuż obok kobiet kopiących ziemniaki.

Strzały oddane do Tadka były pierwszymi strzałami w tej bitwie, lecz o tym dowiedzieliśmy się dopiero po jej zakończeniu. Jego ciało pochowano w skrytości na cmentarzu w Jaktorowie.

O ile młodszy syn Centkowskich Heniek posiadał usposobienie i butę odziedziczoną po swym ojcu, to Tadka cechowała delikatność i inteligencja ich matki. Był uczynny taktowny i serdeczny. Nie mogłem pogodzić się z tym faktem że ktoś zastrzelił niewinnego, tak dobrego i bliskiego mi człowieka. Był przecież bez broni.

W rodzinie Centkowskich był to już drugi syn którego zabrała wojna.

Partyzantów którzy polegli w bitwie chowano w pobliżu miejsca ich zgonu. Było to prawdopodobnie zalecenie władz niemieckich.

Mogił po bitwie było wiele, ale jedna była dla mnie szczególna. Znajdowała się w pobliżu zabudowań sąsiada Palarczyka, obok pola naszego gospodarstwa.

Otóż drogą skojarzeń faktów doszedłem do wniosku, że partyzantem tym był prawdopodobnie ten sam, który pytał mnie przed bitwą “czy tam mają konia”.

Był na koniu. Ranny, dostał się pod padającego, śmiertelnie rażonego konia, spod którego nie mógł się wydostać.Miało to miejsce tuż przy stodole Palarczyka, która w tym czasie zaczęła płonąć.

Widząc zagrożenie partyzant zaczął wołać o pomoc. Wołanie to słyszała rodzina Palarczyka, lecz dochodziło ono z za płonącej stodoły i początkowo nie było wiadomo o co chodzi. Poza tym ostrzał z broni maszynowej na tym kierunku był tak silny a teren odsłonięty, że nie od razu podjęto próbę wyjaśnienia.

Kiedy Palarczyk podczołgał się do przywalonego koniem, ten już nie żył. Chwilę po tym spadające elementy płonącej stodoły zaczęły przypiekać konia pod którym leżał ów partyzant. Ratunek był niemożliwy.

Było mi bardzo przykro gdyż poległego partyzanta uważałem za znajomego.

Oprócz ludzi w czasie bitwy zginęło też wiele koni. Niektóre z nich ciężko ranne męczyły się w oczekiwaniu na swój koniec.

Zahartowany w bitewnych bojach nasz sąsiad Centkowski, przyszedł do naszego ojca mówiąc “choć Jasiu - trzeba podobijać ranne konie i zakopać”.

Poszli realizować zamiar. Ojciec do tego zajęcia podszedł bardzo praktycznie. Zorganizował dość sporą beczkę i całą zapełnił solonym końskim mięsem. Było ono ważnym elementem

naszego wyżywienia w sytuacji braków gospodarczych i ruiny spowodowanej pożarem.

Stodoła przed spłonięciem, oprócz swej zasadniczej funkcji, służyła również jako obora. W stodole było zgromadzone drewno do wybudowania oddzielnego budynku obory. Wszystko spłonęło.

Straty były znaczne i spowodowały że poziom naszego życia znów spadł poniżej minimum.

Pociechą mogło być to jedynie, że wszyscy w rodzinie przeżyli i rodzicom nie zabrakło sił do walki o przetrwanie.

 

Kilkanaście dni po bitwie pogorzelcy zaczęli jeździć konnymi wozami, od domu do domu, a każdy z gospodarzy dawał im po kilka snopków zboża. Był to rodzaj pomocy sąsiedzkiej.

Do takiej kwesty namówił naszego ojca Centkowski. Zaprzągł swego konia do wozu i jeździł z naszym ojcem po poszczególnych gospodarstwach. Wóz zboża jaki przywieźli stanowił pewną pomoc w przetrwaniu a zarazem był gestem solidarności sąsiedzkiej.

Zbliżała się zima. Nie było pomieszczenia dla zwierząt. Nasz domek zaledwie dwuizbowy, w zimie z powodów grzewczych, miał wykorzystaną tylko jedną izbę.

Z konieczności ojciec postanowił przeznaczyć drugą izbę dla zwierząt. Dorobił oddzielne wejście z zewnątrz i w izbie tej ulokował krowę, trzy gęsi i kilka kur. Jałówkę i dwie świnki sprzedał, gdyż i tak byłby problem z ich wyżywieniem. Liczył że jeśli przetrwamy zimę, to wiosną kupi podobne.

Zima była mroźna i śnieżna. Powtórzył się problem ogrzewania. Przygotowane w lecie drewno na opał, było składowane przy stodole i razem z nią spłonęło.

W połowie listopada dotarł do nas z Warszawy - kolega ojca - Ostala. Jego rodzina zaprzyjaźniona była z naszą i wcześniej kilka razy nas odwiedzili. Mieli córkę Basię moją rówieśnicę.

Z opowiadania Ostali dowiedzieliśmy się, że w godzinie wybuchu powstania był poza miejscem swojego zamieszkania.

Wrócił do domu, gdy powstańcy zaczęli opuszczać swe pozycje.

W domu nie zastał jednak ani żony z córką, ani żadnej wiadomości o ich losie. Ukrył się więc gdzieś w zakamarkach piwnic i podziemi, i pozostał tam nawet wówczas, gdy Niemcy, dom po domu podpalali Warszawę. Przeszukał wszystkie mogiły i wszystkie możliwe miejsca pobytu -bezskutecznie.

Z Warszawy wydostał się nocą, omijając niemieckie straże. Dotarł do nas i z nami zamieszkał. Niepokój o losy rodziny nie pozwolił mu na bezczynność.

Po kilkunastu dniach wybrał się nocą do Warszawy, by jeszcze raz sprawdzić, czy ich gdzieś nie odnajdzie. Do nas wrócił po kilku dniach i pozostał z nami do wyzwolenia.

Mimo 36 kilometrowego oddalenia, nocami była u nas widoczna łuna od płonącej Warszawy.

Dzięki obecności Ostali w naszym domu zachowaliśmy krowę. Sprawa miała się następująco. Niemiecki oddział prawdopodobnie z zaopatrzenia frontu przeczesywał poszczególne gospodarstwa rekwirując bydło. Gdzie były dwie krowy lub więcej, to jedną zostawiano. Tam gdzie była tylko jedna, to zależało od żołnierza, który w danym miejscu decydował. W naszym przypadku żołnierz zażądał oddania krowy i jakikolwiek sprzeciw nie miał by znaczenia.

Ostala znając język niemiecki zaczął prosić żołnierza, tłumacząc mu że przez pożar ponieśliśmy straty, a poza tym krowa nasza przyuczona jest do pracy w polu i w dodatku żywi dzieci.

Niemiecki żołnierz chyba był porządnym człowiekiem, lecz pewno liczył się z opinią przełożonych i kolegów, wobec których nie chciał wypaść jako mięczak.

Skinął, że rozumie sytuację, lecz dla zrobienia wrażenia u kolegów, zaczął do nas głośno wrzeszczeć, nakazując by mu natychmiast złapać gęś chodzącą po podwórku. Kiedy tą gęś otrzymał, szepnął do Ostali, wyjaśniając że jego przełożeni będą bardziej zadowoleni z gęsi niż z krowy, bo gęś będzie dla nich, a krowa byłaby dla zaopatrzenia frontu.

Na początku grudnia któregoś mroźnego dnia, przez zaspy śnieżne, dotarł do nas Rosjanin. Był uzbrojony w pepeszę i podpierał się czymś w rodzaju kuli inwalidzkiej zrobionej z grubej gałęzi. Przyszedł niezauważony z powodu zamarzniętych szyb okiennych. Wszedł, rozejrzał się i poprosił o jedzenie. Nie mieliśmy chleba, a kapuśniak mama dopiero co nastawiła do gotowania. Wysłuchał wyjaśnienia naszej mamy, sięgnął po niedojrzałego pomidora, których kilka leżało na parapecie okna, spytał czy może go wziąć, a po uzyskaniu przyzwolenia zjadł go łapczywie. Poprosił by pozostać w mieszkaniu i wyszedł.

Kiedy po kilku minutach wyszliśmy na dwór nie było widać nikogo. Tylko ślady na grubej warstwie śniegu zdradzały jego kierunek marszu, który prowadził do zabudowań Kamienieckiego. Tam właśnie ów żołnierz dotarł i zemdlał.

Po ocuceniu był tak osłabiony że nie mógł wstać. Kamienieccy zdecydowali się udzielić mu schronienia, mimo że za taką pomoc groziła całej rodzinie kara śmierci.

Ów Rosjanin był starszym oficerem armii radzieckiej, pilotem który ranny wyskoczył z zestrzelonego samolotu. Pochodził z Leningradu.

O jego pobycie u Kamienieckich wiedzieli tylko moi rodzice i Centkowscy. Nawet ja nie zostałem dopuszczony do tajemnicy w obawie bym nieopatrznie coś nie wypaplał.

Ojciec nasz - sanitariusz z wojska - opatrzył ranę i pomagał opiekować się rannym, który przez wiele dni leżał nieprzytomny w gorączce.

Gdy zaczął wracać do zdrowia, chętnie grywał w karty i opowiadał o zależnościach ustrojowych jakie wówczas u nich panowały.

Mimo ostrych mrozów chętnie biegaliśmy na ślizgawkę. Ojciec przywiózł kiedyś łyżwy, ale były to łyżwy oderwane od butów i nie miały uchwytów by je można było przykręcić do dowolnego obuwia. Poza tym były to łyżwy dla dorosłego i w żaden sposób nie dało się na nich jeździć.

Zrobiliśmy z nich płozy saneczek którymi jeździliśmy po lodzie. Wyposażony w dwa kijki, ostro zakończone gwoździami, mogłem się na tych saneczkach przemieszczać po lodowisku.

Podczas jednej takiej jazdy, którą odbywałem samotnie późnym popołudniem, przyszedł po mnie brat Jurek z decyzją od mamy, bym wracał do domu.Zrobiłem jeszcze kilka okrążeń by dostatecznie nasycić się jazdą przed powrotem do domu. Brat stał w oczekiwaniu aż zakończę zabawę.

W tym czasie podszedł do nas nieoczekiwanie jakiś żołnierz z bronią gotową do strzału. “Germańcy kuda” - zapytał ów żołnierz. Brat świadomy bardziej wojennych zagrożeń zaczął przynaglać mnie byśmy wracali do domu.

Ja natomiast postanowiłem wyjaśnić sprawę. Ty, to chyba Ruski i o Niemców pyta - rzekłem do brata. “Da Ruski” - przytaknął żołnierz. Tu nie ma Niemców - wyjaśniłem. Spytał jeszcze “a wy kto”. Pokazałem mu nasz dom.

Wydarzenie które opisałem miało miejsce 16 stycznia 1945 roku i o dzień wyprzedzało wyzwolenie Warszawy. Żołnierz zawrócił. Było ich więcej. Grupkami rozlokowali się na kwaterach u poszczególnych gospodarzy gdzie pozostali do rana.

Niemców u nas nie było, ale tory i najbliższe stacje kolejowe, to jest Jaktorów i Międzyborów, pozostawały jeszcze pod niemiecką kontrolą.

Za torami linii kolejowej ciągnęła się szosa łącząca Żyrardów z Warszawą. Wzdłuż niej Niemcy mieli kilka punktów ogniowych, lecz gdy następnego dnia Rosjanie rozpoczęli natarcie, Niemcy byli zdezorientowani. Liczyli na atak ze wschodu, od strony Warszawy, a tymczasem następował on od zachodu. Nie bardzo wiedzieli w jakim kierunku mają uciekać.

Kiedy na szosie pojawiły się czołgi rosyjskie, a w górze kilka samolotów, tak zwanych “kukuruźników”, Niemcy niedługo bronili swych pozycji ogniowych.

Widząc nacierające czołgi zostawiali sprzęt i uciekali

W jednym takim punkcie obrony, ulokowanym w małym zagajniku, zostawili: dwie zenitówki przeciwlotnicze, dwa działa i kilka moździerzy. Zostawili też cztery bardzo ładne, silne konie, które przeznaczone były do ciągnięcia dział.

W sąsiedztwie zagajnika, po drugiej stronie szosy, znajdował się dom i zabudowania gospodarskie. Gospodarz tego domu, ojciec dwóch dorosłych synów, widział ucieczkę Niemców i pozostawione konie. Wysłał po nie jednego z synów. Trzeba było tylko przejść przez szosę. Syn posłuszny woli ojca pobiegł.

W tym samym czasie nadjechały rosyjskie czołgi. Seria z czołgu nie pozwoliła mu na realizację zamiaru.

Został trafiony w chwili przekraczania szosy. Aby go ratować, pobiegł za nim ojciec, lecz i on, tak jak syn, został śmiertelnie rażony serią z czołgu.

Wśród żołnierzy nacierającej armii radzieckiej wielu wykazywało beztroskę o własne życie i życie kolegów. Wynikało to często z odurzenia alkoholowego.

Alkohol otrzymywali z wojskowego przydziału, a także zdobywali na wszelkie sposoby, indywidualnie i zbiorowo.

Czołgi radzieckie jechały oblepione żołnierzami piechoty, którzy warkot silników i łomot gąsienic próbowali zagłuszyć śpiewając frontowe piosenki.

Na jednym takim czołgu jechał harmonista wesoło przygrywający swoim kompanom. Trafiony przez jakiegoś Niemca, spadł wraz z harmonią. Współpasażerowie czołgu zainteresowali się jedynie jego instrumentem, po który zeskoczył jeden z żołnierzy i po chwili zajął miejsce poprzednika.

W skali strat wojennych opisane przypadki są jedynie epizodami. Trzeba jednak wiedzieć, że w czasie wojny ginęli różni ludzie, w bardzo różnych okolicznościach. Tylko nieliczni z nich weszli do historii jako bohaterzy. Na ogół ginęli bezimiennie i zacierała się pamięć o nich.

Dwa dni po opisanych wydarzeniach dotarła do nas wieść, że Warszawa jest już wyzwolona. Nie kursowały jednak jeszcze pociągi, ani nie funkcjonowała żadna inna komunikacja. Sieć elektrycznej trakcji kolejowej z trasy Warszawa - Żyrardów została przez Niemców zdjęta i przetopiona na pociski.

Mieszkający z nami Ostala postanowił natychmiast udać się do Warszawy.

Po kilku dniach wrócił, by opowiedzieć o tym że w dalszym ciągu nie odnalazł śladów żony i córki.

Opowiedział również o zniszczeniach Warszawy i zamarłym życiu. Miasto nie miało wody, oświetlenia, komunikacji, a tylko spalone i zniszczone domy, i zwały gruzów.

Do Warszawy dojechał wraz z grupką pomysłowych mężczyzn, tak zwaną ręczną drezyną którą odnaleźli gdzieś na bocznicy. Wrócił autostopem, choć pojęcie to nie było wówczas jeszcze w obiegu.

Z upływem czasu wszystko zaczęło powracać do normalnego biegu. Znikło zagrożenie życia, przynajmniej dla nas i naszych sąsiadów. O innych zagrożeniach nie docierały do nas wiarygodne wieści. Po staremu zostały jedynie bieda i niedostatek. W dodatku straciły wartość pieniądze, otrzymane przez rodziców za świnie i jałówkę, które sprzedali po spaleniu stodoły, a które miały umożliwić nabycie nowego inwentarza.

W stosunku do początkowych dni naszego pobytu na wsi, sytuacja była o tyle lepsza, że wszyscy mieliśmy już pewne doświadczenie jak pracować, gospodarzyć i radzić sobie z różnymi brakami w zaspokajaniu potrzeb życia codziennego. Pomocna też była znajomość sąsiadów.

Po mroźnej zimie zaczęły się słoneczne dni. Na wsi ówczesnej znaczyło to mozolną pracę dla jej mieszkańców

W ośrodkach administrujących terenem zaczęły się nowe porządki, chociaż bezpośrednio to nas nie dotyczyły. Należeliśmy do gminy Baranów będącej wsią odległą od stacji kolejowej około 8 kilometrów i nie mającej perspektyw rozwojowych ośrodka regionalnego. Z racji siedziby gminy, wieś Baranów odwiedzana była raczej w sprawach urzędowych.

Jedną ze spraw urzędowych jaką ojciec wybrał się załatwić w gminie, była sprawa zwolnienia od podatku. Nie wiem czy sam to wymyślił, czy się gdzieś dowiedział, ale napisał podanie w którym zaznaczył że jest pogorzelcem i prosi o zwolnienie od podatku. Otrzymał jakieś ulgi i opowiedział o tym znajomym.

Zaczęli przychodzić do ojca różni potencjalni petenci urzędów. Chcieli by im coś doradził no i napisał podanie. Ojciec robił to chętnie, a że szybko zorientował się jak należy pewne sprawy argumentować, wszelkie pisma pisane przez niego były skuteczne, a on sam zaczął uchodzić za eksperta w sprawach urzędowych.

Jako pogorzelec załatwił też przydział na zakup drewna z rozbiórki jakiegoś poniemieckiego wojskowego baraku. Podjął plany ponownego wybudowania stodoły.

Do Warszawy nie bardzo mieliśmy gdzie wracać. Miasto leżało w gruzach. Potrzeba było co prawda ludzi do pracy i władze miasta oferowały pomoc, zarówno w zatrudnieniu, jak i zakwaterowaniu, ale warunki były trudne.

Potrzeba było przede wszystkim ludzi do odbudowy miasta, transportu i budowy fabryk.

Ojciec miał natomiast doświadczenie w handlu, prywatnym, który nie tylko nie był popierany, ale jak się szybko zorientował, był od początku napiętnowany.

Na pracę w handlu uspołecznionym ojciec nie wykazywał ochoty. Obawiał się, że w takich układach, jedni będą mogli kraść a drudzy mogą ponosić za nich konsekwencje. Mówił, że on nie chce ani kraść, ani iść za kogoś do więzienia, i dlatego dopóki się sprawy nie unormują, pozostaniemy na wsi.


 
1 , 2 , 3