Kategorie: Wszystkie | Opowiadanie autobiograficzne
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2015

Mój kierownik po ukończeniu studiów awansował, ja zostałem kierownikiem sekcji liczącej 20-tu pracowników. Moje stosunki ze współpracownikami i przełożonymi układały się dobrze. Podjąłem aktywną działalność w zakresie racjonalizacji pracowniczej. Przez trzy kolejne lata zdobywałem pierwsze miejsca w dziedzinie racjonalizacji, co prócz satysfakcji i uznania, oraz odznaczeń z tym związanych, dawało mi dodatkowe dochody.

Korzystałem z możliwości wyjazdów zagranicznych, najczęściej organizowanych przez stowarzyszenie SIMP, . W ten sposób kilkakrotnie byłem w Czechosłowacji, na Węgrzech i Jugosławii. Oprócz zwiedzania i satysfakcji z wyjazdu, można było kupić jakieś drobne rzeczy, w kraju droższe lub mniej dostępne.

Udało mi się też załapać na pięciotygodniową wycieczkę po Europie Zachodniej, organizowaną przez Politechnikę Warszawską, korzystającą z jelczańskiego autobusu. Była to wycieczka studencka z czterema pracownikami naszych zakładów i naszym kierowcą. Wyposażeni w dwuosobowe namioty, przyczepę żywności i dwadzieścia dolarów, zwiedziliśmy Holandię, Belgię, Francję, Szwajcarię, Włochy i Austrię.

Moje osiągnięcia turystyczne nie były zbyt wielkie, ale dla mnie, chłopca rozpoczynającego edukację w małej wiejskiej szkółce, to coś znaczyło.

Stanowisko kierownika sekcji, to też coś niewielkiego, ale ja właściwie nie przejawiałem aspiracji kierowniczych.

Znając całokształt zagadnień związanych z pracą sekcji mogłem podejmować decyzje w oparciu o swoją wiedzę..

Podejmowanie decyzji bazujących na wiedzy zbiorowej, mniej mi odpowiadało i może dlatego nie zabiegałem nigdy o stanowiska. Co gorsze, w momencie kiedy wszystko układało się bardzo dobrze, zdecydowałem się na rezygnację ze stanowiska kierownika sekcji. Uznałem że będę miał spokojniejszą pracę i nie stracę na zarobkach. Z perspektywy czasu myślę że to nie była rozsądna decyzja.

Na kierownika sekcji awansowano młodego inżyniera, który nie bardzo znał zagadnienia związane z pracą sekcji, a poza tym nie bardzo mu odpowiadał charakter działalności. W rezultacie on był kierownikiem, a ja dalej kierowałem pracą sekcji. Oczywiście wszystkie moje decyzje były akceptowane. Stan taki trwał do czasu, gdy ów kierownik nie znalazł sobie odpowiedniejszej dla siebie pracy w innym dziale.

Na jego miejsce przyszedł pracownik już trochę doświadczony, ale z wiedzą i doświadczeniem mniejszym od mojego, z czego wynikały niezręczne sytuacje, dla mnie i dla niego. Po prostu widziałem wadliwe decyzje które mogłyby być niedostrzeżone przez innych.

Ponieważ wszyscy wiedzieli o mojej rezygnacji ze stanowiska, nikt mi już kierowniczego stanowiska nie proponował. Kilku współpracowników z sekcji którzy ukończyli studia lub też wykazywali aktywność zawodową, awansowano na różne stanowiska kierownicze w zakładzie. Doszedłem do wniosku że nadeszła pora do rozpoczęcia studiów.

Przedsiębiorstwo umożliwiało naukę, a ja nie chciałem pozostawać w tyle.

Po zdaniu egzaminów wstępnych, poprzedzonych kursem przygotowawczym, podjąłem studia na Politechnice Wrocławskiej

 Okres jednoczesnej pracy i studiów przebiegał dość monotonnie. Na naukę potrzebowałem sporo czasu, pracę traktowałem rutynowo. Koledzy z którymi studiowałem, byli w różnym wieku, co nie przeszkadzało, by wszyscy z racji nauki czuli się młodo. Na najmłodszego wołaliśmy – “smarkul” – każąc mu ścierać tablicę lub wykonywać drobne posługi. Przyjmował to z całą powagą i przesadną usłużnością, traktując jako zabawę w której uczestniczył.

Stosunki z wykładowcami mieliśmy poprawne. Wymagania wykładowców były dość zróżnicowane. Tak zwany odsiew największy w okresie początkowym.

Porównując naukę na studiach z nauką w technikum, to przebiegała ona w nieco innych uwarunkowaniach. W technikum łatwiej przyswajałem sobie przerabiany materiał, a sprawdziany traktowałem bezstresowo, na studiach natomiast zapamiętywanie wymagało więcej wysiłku i pracy, a sprawdzianom towarzyszył stres.

W ostatnim roku studiów udało mi się uwolnić od nałogu palenia papierosów.

Przedsiębiorstwo w tym czasie prowadziło intensywną działalność w zakresie wdrażania produkcji autobusu na licencji “Berlieta”. Z tego powodu było sporo pracy a także wyjazdów do Francji.

Ja załapałem się na dwutygodniowy wyjazd szkoleniowy w zakresie technologicznego przygotowania produkcji i montażu zespołów elektrycznych.

W rezultacie w 1976 roku Jelczańskie Zakłady uruchomiły produkcję licencyjnego autobusu, a ja ukończyłem studia z wynikiem dobrym. Otrzymałem tytuł inżyniera mechanika.

Tuż przed uzyskaniem dyplomu zaproponowano mi stanowisko kierownika nowo organizowanej pracowni technologicznej, które przyjąłem. Była to pracownia do spraw obróbki części z profili i rur oraz tworzyw niemetalowych.

Początkowo przekazano mi zadania bez znacznej części potrzebnych do realizacji ludzi i nie wiem jak to by się skończyło, gdyby nie zbiegło się z przyjętą reorganizacją służb technologicznych, która zmieniła niekorzystną dla mnie sytuację a ja zyskałem innego szefa działu.

Mimo że nie byłem zbyt wielkim zwolennikiem motoryzacji, w 1976 roku kupiłem Syrenę, co pozwoliło mi na większą swobodę w przemieszczaniu się.

Przy mojej dość intensywnej pracy biurowej, kontakt z wodą, lasem i przyrodą był mi potrzebny, i chętnie z niego korzystałem, najczęściej jednak w gronie kolegów, gdyż forma turystyczna w zasadzie nie odpowiadała mojej żonie.

Po czterech latach kierowania powierzonym odcinkiem pracy zostałem w pewnym sensie zdegradowany.

Połączono moją pracownię z inną a kierownictwo powierzono nie mnie lecz temu z przyłączonej pracowni, mimo że był ode mnie pracownikiem mniej doświadczonym.

Decyzja wyniknęła z powodu pewnych intryg, a moje doświadczenie nie zawsze było wygodne, dla tych z którymi przychodziło mi współpracować

W zakładzie, w tym czasie, istniało zapotrzebowanie na różne stanowiska kierownicze i miałem oferty nawet na kierownika działu, lecz zniechęcony tym że wcześniej zrezygnowano z mojej dobrze wykonywanej pracy kierowniczej, postanowiłem podjąć pracę na stanowisku specjalisty do spraw opracowywania dokumentacji techniczno-ruchowej, to jest instrukcji obsługi pojazdów, instrukcji napraw, informatorów technicznych i innych.

Moje duże zaangażowanie w pracy na powierzonym stanowisku, a także w pracach zleconych, zapewniło mi płace na nienajgorszym poziomie.

Poza tym praca była spokojniejsza od poprzedniej, tak że byłem nawet zadowolony z tej zmiany. Zyskałem uznanie swoich nowych przełożonych i poprawne stosunki w układzie koleżeńskim.

 

Mimo długoletniego doświadczenia w jednym zakładzie i posiadania wyższego wykształcenia, w hierarchii przedsiębiorstwa nie dorobiłem się wyższych stanowisk kierowniczych. Co prawda, nie zabiegałem o stanowiska, ale także nie potrafiłem wchodzić w układy z poszczególnymi osobistościami przedsiębiorstwa. Ceniłem osobistą niezależność i jej przyporządkowywałem moją działalność. Moja wcześniejsza praca w dziale technologa, wymagała kontaktów zewnętrznych z innymi przedsiębiorstwami, natomiast praca w dziale dokumentacji techniczno ruchowej, kontakty zewnętrzne ukierunkowywała na krajowe agencje wydawnicze, drukarnie i placówki serwisowe. Wyjazdy w delegacje były urozmaiceniem pracy, która po latach stawała się monotonna. Niedługo po zmianie mojej pracy, nastąpiła intensywna współpraca z węgierskimi zakładami “Csepel”.

Nasze zakłady rozpoczęły produkcję autobusów na węgierskich podwoziach. Szkoleniowe wyjazdy do tej firmy były pewną atrakcją, ale też pozwoliły uświadomić, że nasze podstawowe zespoły podwozia są lepsze od węgierskich, a tylko ekonomia przedsiębiorstwa, ustalana polityką państwa, nakłania nasze zakłady do działalności zakupowej, zamiast rozwijania własnej produkcji.

 Krytykowane wówczas i w okresie późniejszym niedoskonałości naszych wyrobów, kształtowane były nie tak ich złą konstrukcją, czy technologią, w odniesieniu do ówczesnego poziomu techniki, a dopuszczaniem nieracjonalnych odstępstw dla materiałów i komponentów.

Czasami zastosowanie rurki złącznej w układzie paliwowym, lub w układach smarowanie, czy chłodzenia,

wykonanej z materiału zastępczego, nieodpornego na paliwo, olej, temperaturę, powodowało awaryjność pojazdu. Najczęściej decyzję stosowania materiałów zastępczych podejmowano przy pełnej świadomości jej negatywnych skutków. Chodziło o to, by za wszelką cenę wykonać plan produkcji, kształtujący wiele podstawowych wskaźników ekonomicznych przedsiębiorstwa. To była choroba przedsiębiorstw tamtych czasów.

 

Po przemianach ustrojowych nie wyleczono przedsiębiorstw z choroby, a po prostu je polikwidowano.

Ja natomiast w grudniu 1992r  rozpocząłem życie na emeryturze. Przyczyniła się do tego zarówno sytuacja ekonomiczna przdsiębiorstw, jak też moja, rodzinna. Otóż moja żona, na skutek udaru mózgu, stała się osobą niepełnosprawną i na mnie przypadło jej wspomaganie i prace domowe.

W okresie 4 lat, udało mi się też zatrudnić przy korekcie ogłoszeń. Tu potrzebna była umiejętność pracy na komputerze. Zakupiłem komputer, nauczyłem się podstawowej jego obsługi, i po pewnym czasie przyłączyłem do internetu.

Pracując w zakładzie zgromadziłem niewielki zbiorek wierszy, pisanych przeze mnie, przeważnie na różne koleżeńskie okazje. Niektóre z tych wierszy, a także i nowe, zacząłem zamieszczać na blogu w internecie.

Można do nich dotrzeć wpisując do wyszukiwarki  Google:  „Wiersze Krzysztofa Roszczyka”. W drugim blogu „Spostrzeżenia i poglądy Krzysztofa Roszczyka” można odnaleźć tu  prezentowane opowiadania – Krzysiek 

 

 

 

Adres email krzysztof70-36@gazeta.pl

i  email krzysztof69-36@o2.pl          

      roszczykkrzysztof77@gmail.com

18:21, krzysztof70-36
Link Dodaj komentarz »