Kategorie: Wszystkie | Opowiadanie autobiograficzne
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2015

W 1955 roku, wraz ze zmianami organizacyjnymi w zakładach, ulega zmianie zakres produkcji wyrobów i ich konstrukcje.

W miejsce drewnianych szkieletów nadwozi zaczyna się wykonywać szkielety metalowe. Zmienia się wyposażenie zakładu w maszyny i urządzenia.

Zmiany konstrukcyjne, technologiczne, organizacyjne i personalne, dokonywane czasem przez ludzi przypadkowych, nieprzygotowanych zawodowo, powodowały niejednokrotnie błędne decyzje i niepotrzebne zamieszanie. Wszystko jednak musiało kończyć się sukcesem.

Przemiany polityczne w 1956 roku, wzniecają również w Jelczu zarzewie buntu. Za głosem załogi zmieniono dyrekcję zakładów, a także wymuszono rezygnację przygotowywanej produkcji ciągników gąsienicowych.

Jednak te wielkie przemiany nie miały większego wpływu na moje życie. Osobistym wydarzeniem dla mnie był raczej zakup roweru.

Rower umożliwiał mi, robienie wypadów turystycznych do okolicznych miejscowości, a tym samym zwiększenie zasięgu kontaktów towarzyskich.

Znaczącą rolę roweru powodował fakt niedostatecznej komunikacji publicznej i brak innych środków transportu.

Odpoczynek świąteczny i życie towarzyskie zaczęły nam wypełniać, coraz częściej organizowane wycieczki autobusowe i turystyczne, będące źródłem zawiązywanych przyjaźni.

W tamtych czasach bodajże tylko dyrektor naczelny miał samochód osobowy, służbowy.

Tak więc wyjazd na wycieczkę mógł mieć tylko miejsce zakładowymi środkami lokomocji lub pociągiem.

Mieszkając w Jelczu jako sublokator zajmowałem pokój z balkonem usytuowany na piętrze w domu jednopiętrowym. Parter zajmowała rodzina gospodarza.

Po pracy większość czasu spędzaliśmy na świetlicy hotelu pracowniczego, bądź na spotkaniach ze znajomymi.

Po pewnym czasie wielu kolegów z pracy, poszło do wojska lub zmieniło miejsce zamieszkania.

Spodziewałem się również powołania do wojska, a że nie byłem specjalnie zwolennikiem służby wojskowej, postanowiłem, dla uniknięcia służby, spróbować dostać się na studia. Zapisałem się na kurs przygotowawczy. Przygotowanie do egzaminu wymagało z mojej strony pewnego wysiłku mobilizacyjnego, by uporządkować, odświeżyć i uzupełnić wiedzę.

Zawiódł czynnik mobilizacyjny, wsparty informacją prasową o rzekomych zamiarach władz, by dla studentów pierwszego i drugiego roku nie udzielać reklamacji od służby wojskowej.

Miało to zapobiec uchylaniu się od poboru. Uznałem że w takiej sytuacji moje zaangażowanie się w naukę nie ma sensu.

Zacząłem poszukiwać szerszych, barwniejszych kontaktów niż otoczenie z kręgu fabryki. Tak trafiłem do miejscowości Czernica Wrocławska i poznałem Władzię.

Do Czernicy, leżącej około siedmiu kilometrów od mojego miejsca zamieszkania, jeździłem rowerem. Rower kupiłem, na talon uzyskany dzięki staraniom pewnego kolegi z pracy.

Moje randki, mimo że przebiegały bez zakłóceń, nie ominął pewien przypadek.

Otóż wracając kiedyś późnym wieczorem z takiej randki, zauważyłem z daleka gromadę młodzieńców, z kijami i sztachetami, przebiegającą oświetlone skrzyżowanie, niedaleko miejsca mojego zamieszkania.

Przyspieszyłem by jak najszybciej ominąć miejsce przypuszczalnego zagrożenia. W momencie kiedy już opuszczałem skrzyżowanie, ktoś krzyknął – stój!

Liczyłem, że rozpędzony zdołam uciec i pocisnąłem na pedały. Jednak na linii mojego przejazdu znalazł się jakiś osobnik i w przednie koło mojego roweru wbił kij. Zrobiłem salto przez kierownicę i plecami uderzyłem w jezdnię.

Kilka osób podbiegło i pochyliło się nademną. Ktoś z nich stwierdził – to nie ten, i się wycofali. Po chwili jeszcze któryś z nich podbiegł i spytał – nic ci się nie stało? – widząc że wstaję, oddalił się z innymi.

Rower tylko na tylnym kole udało mi się doprowadzić do domu. Był mocno uszkodzony. Ja pokrwawiony i poobijany z trudem się rozebrałem. Nieco się obmyłem i położyłem spać.

Problem wystąpił dopiero rano, kiedy się okazało że nie mogę wstać.

Przy każdym poruszeniu odczuwałem okropny ból. Wezwana przez gospodynię karetka pogotowia zabrała mnie do szpitala, gdzie ustalono pęknięcie łopatki i założono mi bandaż z gipsową powłoką usztywniającą.

Skutki wydarzenia były przykre dodatkowo z tego powodu, że działo się to na miesiąc przed moim ślubem, w lecie, a gips uniemożliwiał utrzymania higieny.

 

Szóstego lipca 1957 roku wziąłem ślub z Władysławą Krasucką. Po ślubie zamieszkaliśmy w Czernicy Wrocławskiej, u rodziców mojej żony.

Rodzice i rodzeństwo żony przyjęli mnie życzliwie, tak że rodzina żony stała się moją. Mieszkając z rodzicami żony, mieliśmy swój pokój, który zapewniał nam nasze skromne potrzeby, lecz cały dom był niewielki, a rodzina liczna. Na dłuższy okres należało pomyśleć o własnym mieszkaniu, co nie było sprawą prostą.

O przydziałach mieszkań decydowały komisje zakładowe lub władze terenowe, biorące pod uwagę warunki i sytuacje w jakich znajdowali się ubiegający. Niejednokrotnie, dla uzyskania mieszkania, w sposób sztuczny stwarzano warunki, wykazujące w jak trudnej sytuacji znajduje się osoba ubiegająca o przydział. Mówiono też po cichu, że jak chce się dostać, to trzeba dać, lub mieć znajomości.

W tym czasie w Czernicy Wrocławskiej odbudowywano most kolejowy na Odrze, zniszczony podczas II wojny. Moja żona Władzia zatrudniła się w firmie zajmującej się odbudową. Wśród wędrujących z firmą części pracowników znalazło się małżeństwo, wynajmujące mieszkanie w przyległej wsi Jeszkowice.

Otóż, małżeństwo to, dowiedziało się, że lokator wynajmujący im mieszkanie, nie ma żadnych uprawnień lokatorskich i praktycznie jest tak zwanym dzikim lokatorem. Wyprowadzając się, po zakończeniu etapu budowy mostu, namówili nas, byśmy zajęli zajmowane przez nich mieszkanie, co też uczyniliśmy.

Budynek w którym znajdowało się to mieszkanie, był sporym domem z zabudowaniami gospodarskimi i ziemią rolniczą. Parter budynku zajęty był przez sklepy i magazyny sklepowe. Piętro stanowiło siedem pokoi, z tego dwa zajęte przez nas, a pozostałe przez wcześniejszego lokatora.

Zabudowania wraz z ziemią przewidziane były dla rolnika i z tego powodu władze terenowe nie mogły udzielić zgody na ich użytkowanie przez osoby z poza rolnictwa i jedynie tolerowały istniejący fakt.

Lecz nim staliśmy się mieszkańcami opisanego lokalu, miało miejsce następujące wydarzenie. Pierwszego dnia po wprowadzeniu, wieczorem, próbował wtargnąć do nas lokator z sąsiedztwa, wspierany przez swoją żonę i jej brata.

Chcieli prawdopodobnie wygarnąć nam swoje niezadowolenie z zaistniałego obrotu sprawy, lecz ja słysząc dobiegające z korytarza pokrzykiwania, przezornie przekręciłem klucz w drzwiach. Odmówiłem wpuszczenia ich do pokoju w którym się znajdowałem.

Rozzłościło to brata sąsiadki, będącego czołowym we wsi zabijaką, który wcześniej wypił sporo alkoholu. Podjął próby wyważenia drzwi, co by mu się prawdopodobnie udało, gdyby nie to, że podparłem je ławką pozostawioną przez poprzednika. Żelaznym prętem rozbił sklejkę w drzwiach wstawioną w miejsce szyby i zaczął się przymierzać do wtargnięcia przez powstały otwór.

Chwyciłem drugą ławkę w ręce, zdecydowany bronić wstępu

W międzyczasie, moja żona Władzia, wybiegła na balkon i narobiła krzyku, informując o zajściu osoby z sąsiednich domów.

Moi sąsiedzi z za ściany, z natury spokojni, jak się później okazało, prawdopodobnie nie chcieli takiego obrotu sprawy i jej upublicznienia, i odciągnęli awanturnika.

Przez pewien czas byłem nieufny i nie odzywałem się do sprawców zajścia. Z czasem stosunki nasze unormowały się i były poprawne.

Nasze mieszkanie to właściwie dwa niezależne pokoje, znajdujące się na końcu korytarza: mniejszy, około 20m2, przeznaczyliśmy na kuchnię i jadalnię; większy, około 35m2, stanowił sypialnię a zarazem pokój gościnny.

Zewnętrzna ściana dużego pokoju miała drzwi z wyjściem na balkon, oraz dwa okna. Kilkadziesiąt metrów od naszego domu płynęła Odra.

Dla dwojga młodych ludzi warunki nienajgorsze, szczególnie w okresie letnim.

Nasze mieszkanie stało się miejscem otwartym dla moich kolegów, koleżanek Władzi, oraz naszych znajomych. Władzia wykazywała dużo inwencji i zaangażowania w prowadzeniu prac domowych i organizowaniu życia.

Za jej aprobatą wybrałem się z kolegami na swój pierwszy spływ kajakowy Wisłą z Płocka do Gdańska. W ten sposób na kilka następnych lat stałem się kajakarzem. Z fabrycznego klubu kajakarskiego wypożyczono mi kajak z żagielkiem i w czas wolny mogłem pływać po Odrze.

W zimie i w perspektywie wszystko to wyglądało nieco gorzej. Mieszkanie nie miało łazienki, Ubikacja znajdowała się na zewnątrz budynku.

Po wodę chodziło się na podwórko, do studni, w której zamontowana była ręczna pompa.

Pomieszczenia miały pojedyncze okna i drzwi balkonowe, drugą parę skradziono, kiedy budynek pozostawał bezpański.

Pokój większy był ogrzewany, wstawianym na zimę żelaznym piecykiem, w pokoju mniejszym ogrzewanie stanowiła wstawiona żelazna kuchenka. Opałem był węgiel i drewno.

Pojedyncze okna i drzwi nie chroniły przed zimnem, a podjęcie jakichkolwiek prac remontowych, w domu z którego w każdej chwili można było być wyeksmitowanym, nie miało sensu. W dodatku, w tamtych czasach, nie byłoby to sprawą prostą, z uwagi na braki materiałów, rzemieślników oraz koszty.

Problemy które przytoczyłem były istotne jedynie w odniesieniu do realizowania planów na przyszłość, natomiast dla codziennego życia nie miały większego znaczenia. Byliśmy zadowoleni że mamy swój kąt, jesteśmy niezależni i wszystko przed nami.

Pięć lat pracy w tym samym miejscu, przy znacznej rotacji zatrudnionych, powodowało umocnienie mojej pozycji zawodowej, stałem się pracownikiem w pełni przydatnym, o zarobkach wspieranych dodatkową pracą, tzw. prace zlecone, nadgodziny, itp.

Na skutek pewnego incydentu została zagrożona moja praca. Po oddaniu do użytku mostu kolejowego, zaczęliśmy dojeżdżać do pracy pociągiem. Bywało że pociąg spóźniał się kilka minut, z czego wynikały spóźnienia pracownicze. Spóźnienia były tolerowane, przy przekraczaniu bramy zakładu, tylko po okazaniu biletu kolejowego.

W jednej oprawce miałem włożoną przepustkę zakładową i miesięczny bilet kolejowy, który okazałem strażnikowi przy bramie. Strażnik chcąc jednak wykazać daleko idącą czujność, szarpnął mnie dość ordynarnie za klapy płaszcza, żądając okazania biletu i przepustki. Ja, chociaż wymagane dokumenty trzymałem w ręce, zażądałem by puścił moje klapy. Z wartowni wyszedł komendant straży przemysłowej, w otoczeniu strażników, i zażądał bym poszedł z nim na wartownię, co też uczyniłem.

Komendant nie zamierzał nic wyjaśniać, na co liczyłem. Zaczął wrzeszczeć i obrzucać mnie obelgami popisując się przed grupą swoich podwładnych.

Uznałem że nie mam potrzeby pozostać mu dłużnym i rzuciłem mu parę obelg, i to w obecności jego podwładnych, wywołując w nim wściekłość.

Na żądanie komendanta udaliśmy się do jego przełożonego, to jest do kierownika zabezpieczenia zakładu.

Ten również, bez wysłuchania mnie, zaczął na mnie wrzeszczeć i grozić, mówiąc, co to on może mi zrobić. Zwróciłem mu jedynie uwagę, że jak już jest kierownikiem wysokiej rangi, to wskazane by było, by potrafił coś więcej niż wrzeszczeć. Jego biuro znajdowało się w pobliżu gabinetu dyrektora naczelnego.

Dyrektor prowadził akurat jakąś naradę roboczą. Przez uchylone drzwi, ów kierownik poprosił dyrektora, by mnie zwolnił z zakładu, ponieważ chciałem pobić strażnika i awanturowałem się na bramie, zakłócając pracę straży. Dyrektor, od niedawna ściągnięty na to stanowisko, stwierdził jedynie że to nie jego sprawa, ale jak ktoś zakłóca pracę w zakładzie to zwolnieniem powinny zająć się kadry, a porządkiem milicja.

Zgodziłem się by jechać na posterunek milicji. W międzyczasie słyszałem, jak kierownik zabezpieczenia zakładu dzwonił do kadr, wnioskując dla mnie zwolnienie dyscyplinarne, rzekomo uzgodnione z dyrektorem naczelnym.

W asyście strażnika, ale nie tego z którym miałem zatarg, zajechałem na posterunek w Laskowicach.Tam był już komendant straży, a przy nim sierżant milicji, prawdopodobnie jego dobry znajomy.

Sierżant wrzasnął coś do mnie, przesuwając ręką po milicyjnej pałce. Raczej nie zanosiło się rozmowę, ani wyjaśnienia.

W takiej sytuacji wszedł podporucznik milicji, prawdopodobnie komendant tego posterunku. Komendant straży na przemian z sierżantem milicji próbowali mu przedstawić jakim to ja jestem złoczyńcą, ale on ze spokojem odrzekł, że przesłuchanie on sam zrobi i wysłał gdzieś sierżanta. Spisał moje dane i wysłuchał moich wyjaśnień.

Spokojnie odpowiadałem na jego pytania. Wydał mi się pierwszym rozsądnym. Potem wysłuchał komendanta straży.

Przy konfrontacji naszych wyjaśnień, ja usatysfakcjonowany, tym że wreszcie

zostałem wysłuchany, zachowywałem pełny spokój i opanowanie, natomiast komendant straży pienił się ze złości i wykazywał bez przerwy brak opanowania. Ostatecznie podpisałem się pod swoim wyjaśnieniem.

Podporucznik na moje pytanie co dalej, wyjaśnił mi, że na skutek skargi złożonej przez przedstawiciela zakładu, protokół powinien trafić do prokuratora i on może skierować sprawę do sądu lub ją umorzyć.

Pocieszył mnie bym się tym za bardzo nie martwił, bo wszystko powinno skończyć się dobrze. Widziałem, że więcej sympatii okazał dla mnie niż mojemu przeciwnikowi.

Kiedy wróciłem do zakładu na swoje stanowisko pracy, usłyszałem w radiowęźle zakładowym wielokrotnie powtarzany komunikat, informujący o

tym że zostałem dyscyplinarnie zwolniony z pracy za pobicie strażnika i zakłócanie porządku przy wchodzeniu na zakład.

Przez kilka dni przychodziłem do pracy niepewny jak się sprawa zakończy. Moja znacząca wówczas przydatność w pracy, jak też nienaganna opinia i usilne starania mojego kierownictwa, spowodowały wycofanie zapowiadanego zwolnienia. Całość sprawy skończyła się naganą dla strażnika, choć ja więcej niepoprawności i uchybień przypisałbym jego przełożonym.

W 1959 roku dwa tygodnie urlopu spędziłem na spływie kajakowym po jeziorach mazurskich. Władzię ta forma wypoczynku w zasadzie nie interesowała. Drugie dwa tygodnie urlopu spędziliśmy z Władzią nad morzem, w zakładowym ośrodku wczasowym, w Mielnie.

Jako czynny turysta, uczestniczący w wycieczkach i rajdach turystycznych, jesienią w ramach oddelegowania, zaliczyłem dwutygodniowy kurs organizatorów turystyki i wypoczynku, zorganizowany w Karpaczu

W tym też roku, pierwsi we wsi Jeszkowice, zakupiliśmy pierwszy polski telewizor o nazwie Belweder . Dopiero kilka tygodni później telewizor zakupiono dla szkoły. Z tego powodu odwiedzali nas również okoliczni amatorzy telewizji. Władzia, zatrudniająca się przy budowie mostu, musiała zrezygnować z pracy, gdyż firma po zakończeniu budowy przeniosła się na inny teren. Była w ciąży i nie mogła sobie pozwolić na pracę poza miejscem zamieszkania.

W lutym 1960 roku urodził się nam syn Cezary. Przybyło obowiązków. Władzia zajęta opieką musiała zaniechać na jakiś czas myśli o pracy.

Mieszkanie na wsi, jeżeli nie żyje się z rolnictwa, stanowi dodatkowe utrudnienie. Musieliśmy dodatkowo zabiegać o produkty rolne jak mleko, nabiał, warzywa. Podstawowe zaopatrzenie w produkty spożywcze też było kiepskie.

Komunikacja w zasadzie ograniczała się do dowozu pracowników do pracy. Dochodziły jeszcze problemy z opieką nad dzieckiem i gwarancją lokalową. Wszystko to wskazywało, że sensownym byłoby zamieszkanie w mieście. Nie mieliśmy żadnych szans na przydział mieszkania komunalnego we Wrocławiu, choćby dlatego że nie byliśmy jego mieszkańcami.

Na początku lat 60-tych zapoczątkowano budownictwo spółdzielcze i mogliśmy ubiegać się jedynie o mieszkanie spółdzielcze. Forma spółdzielcza mieszkań przyjmowana była początkowo nieufnie. Nie wierzono w uprawnienia przyszłej własności, a liczono bezpośrednie koszty.

Korzystając z możliwości, staliśmy się w styczniu 64 roku, mieszkańcami Wrocławia.

Dojazd do pracy w Jelczu obsługiwały autobusy zakładowe. Z Wrocławia wyjeżdżały z różnych punktów miasta przed godziną szóstą. Aby zdążyć do pracy wstawałem rano o godzinie piątej. Z pracy wracałem do domu około szesnastej trzydzieści. W rezultacie sporo czasu traciłem na dojazdy.

Władzia, by pokonać odcinek drogi z domu do pracy, potrzebowała zaledwie kilkunastu minut. W porównaniu ze mną miała więcej czasu i wykorzystywała go na opiekę nad synem Czarkiem, którego przed pójściem do pracy odprowadzała do przedszkola, a po pracy odbierała.

Oddalenie miejsca pracy, od miejsca zamieszkania, miało zarówno negatywny jak i pozytywny aspekt.Wymuszało pewną dyscyplinę: przychodzenia do pracy, jak i jej kończenia. Często nie pozwalało jednak na przenoszenie stosunków z pracy na płaszczyznę towarzyską, pozasłużbową. Mimo że sporo czasu trzeba było tracić na dojazdy do pracy, mieliśmy zawsze dość czasu na odpoczynek i rozrywkę. W różnych okresach, korzystaliśmy z różnych dotowanych stołówek, gdzie zjedzenie obiadu było nie tylko zaoszczędzeniem czasu, ale też ekonomicznie uzasadnione, oczywiście przy niezbyt wygórowanych wymaganiach żywieniowych.

 

 

 

Organizatorem wielu imprez wypoczynkowych był zakład pracy, który dysponował transportem, funduszami i bazami socjalnymi, kadrą organizatorów. W zakładzie działały również organizacje społeczne, które często w swą działalność włączały organizację różnych imprez związanych z rozrywką i wypoczynkiem.

Korzystałem wielokrotnie z różnych wycieczek i wyjazdów, zarówno turystycznych, jak i technicznych, organizowanych przez stowarzyszenie SIMP. Początkowo były to wyjazdy krajowe, z czasem zaczęto organizować również zagraniczne.

W ten sposób jako pierwszy kraj poza granicami Polski zwiedziłem Czechy w ówczesnej Czechosłowacji. Pamiętam rozmowę z pewnym Czechem w barze, a właściwie to wynikające z niej nieporozumienie. Pytał mnie, czy byłem na wojnie. Odpowiedziałem mu, że w końcu wojny miałem dopiero 9 lat, więc nie mogłem być na wojnie, bo byłem za mały. Nie zadowoliła go moja odpowiedź, więc spytał mnie ile mam lat – odrzekłem, że 25. Mimo moich zaprzeczeń wielokrotnie oznajmił, że jak mam 25 lat, to musiałem być na wojnie. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że w języku czeskim, być na wojnie, znaczy być w wojsku. I cóż, język prawie zrozumiały, a przez jedno słowo nieporozumienie.

Władzia podjęła przerwaną naukę, by ukończyć technikum ekonomiczne. Czas jakim dysponowała musiał jej wystarczyć na pracę, naukę, opiekę nad synem, prowadzenie domu i wypoczynek. Nie wiem, czy w stopniu zadawalającym, ale starałem się jej pomagać w pracach domowych i opiece nad synem.

Praca zawodowa stanowiła dla mnie nie tylko środek do zarabiania pieniędzy na utrzymanie, ale też pewną satysfakcję z realizowanych zadań. Przedsiębiorstwo ciągle się rozwijało. Przed nami stawiano zadania wdrażania coraz nowszych rozwiązań. Jako młody, ale już doświadczony technolog, miałem sposobność uczestniczenia w podejmowaniu wielu ważnych decyzji organizacyjnych i technicznych.

Mój bezpośredni przełożony Bolesław Nowak podjął studia na politechnice i z tego powodu wcześniej o dwie i pół godziny wychodził z pracy, a także korzystał z urlopów szkoleniowych. Powierzył mi stałe zastępstwo i na czas jego nieobecności kierowałem sekcją.

Była to wiodąca sekcja technologiczna licząca około dwudziestu osób, zajmująca się opracowaniem technologii na wykonanie i montaż części, głównie pojazdów technicznych i pożarniczych, a także organizacyjnym obiegiem dokumentów i obsługą produkcji.

Znaczna ilość dokumentacji, a także potrzeba jej przystosowania do mechanicznego przetwarzania danych, stwarzała wymagania dużego zaangażowania w pracy. Potrzeba współpracy z różnymi zakładami i instytucjami, i delegacje z tym związane, umożliwiały mi, poznawanie kraju, fabryk, ludzi. Myślę, że rodzaj pracy mogłem oceniać jako ciekawy.

Jedno wydarzenie związane z pracą miało jednak dość groźny przebieg. Otóż, w celu ustalenia optymalnych parametrów dla sprowadzanych płyt pilśniowych, wysłano do zakładu produkującego te płyty, kilkuosobową grupę naszych służb technicznych. W tej grupie i ja się znalazłem.

Ów zakład zlokalizowany był niedaleko Gdańska. Autobus zakładowy, który miał nas do niego zawieść, wyjechał z nami wieczorem, by rano dotrzeć na miejsce. Niestety nie udało nam się dotrzeć do miejsca przeznaczenia. Za Bydgoszczą autobus spadł z wiaduktu na tory kolejowe. Kierowca prawdopodobnie znużony nie opanował zakrętu i spowodował wypadek.

Z pośród sześciu osób, trzy osoby doznały znaczących urazów. Ja byłem wśród poszkodowanych. W chwili wypadku spałem rozłożony na siedzeniu w czwartym rzędzie za kierowcą. Obudziłem się w momencie gdy autobus stuknął w barierę wiaduktu. Poczułem że autobus unosi się w powietrzu. Pomyślałem że z góry staczamy się w jakąś przepaść. Mimo że trwało to zaledwie chwilę, w momencie lotu przed oczyma stanął mi obraz mojego życia i myśl że to może być jego koniec.

Przód autobusu wbił się w szyny i podkłady, tył natomiast pozostał oparty o krawędź wiaduktu. Napierając na siedzenie usytuowane przede mną, wyrwałem je i nieco ogłuszony znalazłem się w okolicy maski silnika. Wszyscy prócz mnie znaleźli się na zewnątrz autobusu, wyskoczyli lub zostali wyrzuceni.

Zaczynałem uświadamiać sobie gdzie jestem i co mi może grozić. W każdej chwili mógł nadjechać pociąg. Zmobilizowałem się i udało mi się wygramolić z zagrożonej pozycji. Pogotowie zabrało nas do szpitala w Bydgoszczy.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6