Kategorie: Wszystkie | Opowiadanie autobiograficzne
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2015

Siódmą klasę szkoły podstawowej ukończyłem z oceną “trójki i czwórki”. Za sugestią kolegów do dalszej nauki wybrałem Technikum Elektryczne w Żyrardowie. Zgłosiłem się na egzamin. Pisemny – były to jakieś zadania z matematyki – zaliczyłem pozytywnie. Ustny natomiast zdawałem w grupie kilkunastu kolegów – wypadł mi wyśmienicie. Odpowiadałem na większość pytań kierowanych do grupy.

Po zdaniu egzaminu do technikum, miałem dodatkowy powód do pewnych refleksji. Otóż z pośród pięciu uczniów ze szkoły w Jaktorowie, którzy ze mną zdawali, tylko dwu nas zdało za pierwszym podejściem i to tych którzy mieli najniższe oceny, dwu następnych zdało z poprawkami, a ten który miał same piątki w ogóle nie zdał.

Naukę w technikum elektrycznym rozpocząłem z pewnym zaciekawieniem. Znalazłem się w nowej sytuacji, w gronie nowych kolegów i nauczycieli. Utworzone zostały dwie pierwsze klasy: a i b. Każda z klas liczyła powyżej pięćdziesięciu uczniów.

Duża ilość uczniów dojeżdżała pociągiem, co stanowiło pewną dodatkową atrakcję wspólnego podróżowania codziennego.

Nauczycieli w większości mieliśmy dobrych, to znaczy zaangażowanych, starających się w miarę możliwości poprawnie oceniać naszą pracę, co przy tak dużej liczbie uczniów nie było sprawą prostą.

Z uczeniem się nie miałem problemów, gorzej było z mobilizacją do nauki.

Słabym moim punktem był również słaby refleks. Jeżeli opanowałem nawet jakiś zakres wiedzy, to nie zawsze potrafiłem odpowiednio go sprzedać.

Nie byłem perfekcyjny w uczeniu się i zawsze potrzebowałem czasu namysłu by sięgnąć do swojej wiedzy. Jednak tę wiedzę którą przyswoiłem zachowywałem przez wiele lat. Obce mi było zapominanie, przed egzaminem lub tuż po nim, tego co się nauczyłem.

Brak było podręczników i w wielu przypadkach podstawę do nauki stanowiły notatki z wykładu. Ja pisałem wolno i nie potrafiłem sporządzić dobrych notatek.

Na naukę poświęcałem niezbyt wiele czasu, więcej natomiast czasu traciłem na czytanie beletrystyki. Stawały się coraz bardziej pożądane przeze mnie książki grube, z wiązaną fabułą, bym miał co czytać. Chętnie czytałem powieści przygodowe, historyczne i wojenne.

Rozpoczynając czytanie nie zawsze patrzyłem na autora lecz chwytałem wątek i przenosiłem się w środowisko bohaterów książki. Kilka razy zdarzyło mi się iść na wagary tylko dlatego że ciekawy byłem dalszych losów bohatera czytanej książki.

W naszej szkole byliśmy pierwszymi którzy rozpoczęli naukę w cyklu czteroletnim. Wcześniej, było to gimnazjum i liceum, również o kierunku elektrycznym, które w początkowej fazie uwzględniały siedmioletni okres nauczania. Gimnazjaliści i licealiści kontynuowali rozpoczętą naukę równolegle z nami, przy czym najstarsi z nich, rozpoczynający naukę po wojnie, wywodzili się ze starszych roczników i wiekiem mocno kontrastowali z naszymi pierwszoklasistami.

Pierwszą klasę technikum ukończyłem bez sukcesów, ale i bez zagrożeń. Przejście do następnej klasy poprzedzane sprawdzianami, lub egzaminami, odpowiadało mi. W zasadzie przyswajałem sobie przerabiany materiał i wykazywałem potrzebną odporność psychiczną. Podobnie jak ja pierwszą klasę zaliczyli moi koledzy z Jaktorowa.

Wakacje spędziłem pomagając rodzicom przy pracach żniwnych i gospodarskich. Chętnie wykonywałem te prace które wymagały męskiego wysiłku i umiejętności jak: koszenie, układanie, zwózkę. Wydawało mi się że wyręczając ojca w jego zadaniach stawałem się starszy i doroślejszy.

Rodzice oczywiście byli zadowoleni z mojej postawy i cieszyli się.

Pracę kończyło się zazwyczaj o zachodzie słońca, tak więc na życie towarzyskie i zabawę po pracy nie było praktycznie czasu, lecz mimo to często wieczorem spotykaliśmy się z młodzieżą z najbliższego sąsiedztwa. Starszy ode mnie o dwa lata Rysiek Różański, skończył szkołę zawodową, podjął pracę i za pierwszy zarobek kupił patefon. Jego siostra Irenka, starsza ode mnie pół roku, próbowała nieraz ćwiczyć ze mną tańce, przy dźwiękach tegoż patefonu.

Na odgłos patefonowych melodii niosących się po rosie, przychodzili czasami i inni z sąsiedztwa, szczególnie w soboty i niedziele.


Drugą klasę technikum rozpocząłem w nowo wybudowanej szkole. Poprzednią klasę zaliczyliśmy ucząc się w budynku zajmowanym jednocześnie przez Szkołę Handlową, co miało te walory, że w “handlówce” było dużo dziewczyn i było na co popatrzeć.

W nowej szkole oprócz Technikum powołano Zasadniczą Szkołę Zawodową o kierunku elektrycznym. Nowa szkoła usytuowana została na krańcu miasta tak że od stacji kolejowej mieliśmy do pokonania dodatkowo kilkaset metrów.

Sumując drogę z domu do stacji i ze stacji do szkoły, to wynosiła około cztery kilometry.

Odcinek ten często przebywałem w ciągu dnia dwukrotnie, czyli pokonywałem około szesnastu kilometrów. Wynikało to z tego, że po lekcjach wracałem do domu na obiad, a potem wybieraliśmy się na spotkania szkolne, koleżeńskie, czy też szliśmy do kina.

Praca fizyczna w gospodarstwie i codzienne pokonywanie sporych odległości hartowało mnie, tak że mimo szczupłej sylwetki i przeciętnego wzrostu byłem w swojej wadze chłopcem dość silnym. Porównując się jednak z rówieśnikami dostrzegałem u siebie pewien mankament. Szybciej męczyłem się niż koledzy w przypadku intensywnego wysiłku.

Ojciec mówił mi, że mam wadę serca, którą stwierdził jakiś lekarz, kiedy miałem dwa lata, ale ja próbowałem ignorować ten stan.

Wiedziałem jednak że z tego powodu nie mogę za bardzo liczyć na to bym mógł fizycznie rywalizować z kolegami.

Dopingowało mnie to do tego by nie zaniedbywać za bardzo nauki, gdyż w pracy umysłowej zaczynałem dostrzegać swoją przyszłą szansę.

Moją wadę serca potwierdziła również lekarka, prowadząca w szkole badania okresowe. Zaleciła mi bym ograniczał wysiłek fizyczny i nie brał udziału w biegach, wyścigach i temu podobnych zawodach. Tak więc kiedy na lekcji wychowania fizycznego nauczyciel zapowiedział biegi eliminacyjne na tysiąc metrów, zgłosiłem mu o decyzji lekarki. Liczyłem że zostanę zwolniony z lekcji i będę mógł sobie coś poczytać.

Nauczyciel zdecydował inaczej. Mnie i jeszcze innemu zwolnionemu kazał iść na boisko, bez obowiązku biegania. Kiedy grupa wystartowała, nauczyciel zachęcił nas byśmy też pobiegli dla rozgrzewki. Mój współtowarzysz, grubasek, pochwycił zachętę nauczyciela i zaproponował byśmy we dwóch się ścigali. Wystartowaliśmy kiedy grupa przebiegła kilkadziesiąt metrów.

Początkowo biegłem spokojnie lecz mój partner potraktował ten bieg serio i zaczął wyciskać wszystkie swoje możliwości dopingując mnie. Postanowiłem również sprawdzić swoje możliwości. Dociągnąłem do grupy i zacząłem prześcigać poszczególnych zawodników. To mnie ostatecznie zdopingowało do maksymalnego wysiłku.

Ostatecznie mimo opóźnionego startu na metę przybiegłem drugi, tuż za zwycięzcą, który później jako reprezentant szkoły na eliminacjach wojewódzkich zajął drugie miejsce. Ja z powodu mojej wady serca nie mogłem wykorzystać swoich niezłych warunków biegowych.

Chociaż trudno mi to jednoznacznie ocenić, jednak ta moja wada serca miała prawdopodobnie również wpływ na moją szybkość reakcji, co kojarzę z poprawnością krążenia krwi. Zaskoczony, w pewnych sytuacjach nie potrafiłem szybko przywołać posiadanej wiedzy, szczególnie gdy moja uwaga była skupiona na czymś innym.

Drugi rok nauki w technikum upływał bez większych wydarzeń. W domu też coraz bardziej stabilizowały się warunki bytowe. Gospodarstwo dawało trochę produktów, ojciec co miesiąc otrzymywał pensję, co prawda małą ale wystarczało na wyżywienie i niezbędne potrzeby.

Problemem co prawda była nie tylko szczupłość budżetu domowego ale też i dostępność produktów. Mąkę, cukier, czy inne temu podobne produkty, można było nabyć tylko wówczas, gdy je przywieziono do sklepu. Z tego powodu matka prosiła mnie nieraz bym zrobił jakieś zakupy w mieście.

Kiedyś zakupiłem trzy kilo maki, wcisnąłem je do teczki między książki i zeszyty, i wracałem do domu. Była akurat jakaś awaria kolejowej trakcji elektrycznej i zamiast pociągu elektrycznego, który na tym odcinku rozwijał nieraz prędkość do stu kilometrów na godzinę, podstawiono pociąg z lokomotywą parową, o szybkości około sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.

Jazda wydała mi się tak wolna, że uznałem za rozsądne, by wyskoczyć w połowie drogi między stacjami, skracając sobie w ten sposób drogę do domu.

Skakałem trzymając w ręku teczkę. Nie wyrzuciłem jej przed skokiem w obawie niepewności decyzji. Gdybym wyrzucił a potem zabrakło mi odwagi na skok?

Zgodnie z zasadą odchyliłem się mocno do tyłu i skoczyłem. Pęd przerzucił mnie i dopiero rękami wyhamowałem upadek. Teczka uderzyła o kamienie nasypu kolejowego ale pozostała w ręku.

W zasadzie skok się udał i nim dotarłem do domu zapomniałem o nim.

Matka zapytała mnie czy kupiłem mąkę. Potwierdziłem że tak. Poprosiłem by ją wyjęła z teczki. Okazało się że mąka była, gorzej natomiast było z jej opakowaniem, było w strzępach. Ponieważ nie przyznałem się do niczego, matka przypisała tandetnym opakowaniom stan jaki zaistniał.

To nie był jedyny przypadek próby skracania drogi.

Otóż między stacjami Jaktorów i Międzyborów, był kolejowy posterunek blokowy z sygnalizacją kolejową i łącznością telefoniczną.

To chyba mój kolega Leszek pierwszy wypatrzył, że pociąg którym dojeżdżamy do szkoły zazwyczaj

staje lub mocno zwalnia przy tym posterunku kolejowym z powodu kolejarza, przejmującego dyżur.

Przez jakiś czas korzystaliśmy z tego faktu i wskakiwaliśmy do tego pociągu. Był to pociąg relacji Warszawa – Skierniewice, ciągnięty przez parowóz, gdyż trakcja elektryczna dochodziła tylko do Żyrardowa.

Byliśmy utrapieniem kolejarzy którzy chyba nieformalnie chcieli ułatwić sobie dojazd do pracy. Kiedy zobaczyli nas wskakujących do pociągu, nieraz w biegu, początkowo próbowali nas gonić, nasyłać na nas konduktorów, aż wreszcie zrezygnowali z tej formy dojazdu lub zmienili godzinę zmiany, w obawie przed odpowiedzialnością za ewentualny wypadek.


W latach powojennych trudnodostępnym artykułem było mięso i wyroby mięsne. Zarówno my jak i większość rolników zaopatrywała się w mięso z uboju własnych zwierząt. Podczas takiego uboju część mięsa i wyrobów była sprzedawana sąsiadom i znajomym. Ubój i sprzedaż mięsa była nielegalna, nie tylko w wymiarze gospodarczym ale i politycznym.

Opowiadana była w wówczas historia o jednym młodym, znanym nam mieszkańcu Jaktorowa, któremu matka ugotowała kawałek mięsa, zakupionego z pokątnego uboju i tenże nie mogąc wydobyć od niej informacji gdzie dokonała zakupu, zgłosił ten fakt do UB. W rezultacie troskliwa dla syna matka przesiedziała kilka tygodni w areszcie.

Aby zdążyć do szkoły na godzinę ósmą musiałem wychodzić z domu o siódmej.

Wracałem do domu około godziny trzeciej. Najczęściej na drugie śniadanie dostawałem chleb ze smalcem lub jakieś pieniądze na kanapkę lub bułkę. Miałem jednak wątpliwości, czy warto wydawać pieniądze na jedzenie?

Za posiadane pieniądze wolałem zawsze kupić owoce, albo papierosy. Z tego powodu, przed wyjściem do szkoły, starałem się tak najadać bym do obiadu nie odczuwał głodu. Zasada ta pozostała mi na późniejsze lata.

Do nauki nie wykazywałem nadmiaru zapału, natomiast potrafiłem w każdej sytuacji zagrożenia oblania jakiegoś egzaminu, zmobilizować się do opanowania danego przedmiotu.

Zdawałem sobie sprawę, że nie zaliczenie roku szkolnego i jego powtarzanie, byłoby nieuczciwe wobec rodziców. Przedłużyło by mi też okres dojścia do samodzielności. Zdawałem sobie też coraz bardziej sprawę z tego, że młodociany bez zawodu nie mógłbym na nic liczyć.

Przy takich założeniach zaliczyłem następne lata nauki i zbliżałem się do matury. Obracałem się w zasadzie w męskim gronie koleżeńskim. W naszej klasie maturalnej 4a, były tylko trzy dziewczyny, resztę stanowili chłopcy. Klasa 4b – to sami chłopcy. Oczywiście na organizowane wieczorki taneczne i inne imprezy szkolne, przychodziły do nas dziewczęta z innych klas i szkół ale zachowywałem w stosunku do nich zawsze pewien dystans, nawet wówczas gdy wzbudzały moją sympatię.

Na studniówkę poszedłem z nieznaną mi bliżej dziewczyną – Alicją, koleżanką partnerki Wojtka. Nie miałem odwagi zaprosić na studniówkę którejś ze znajomych dziewczyn z sąsiedztwa, w obawie by otoczenie, a może i one same, nie przyjęły zaproszenia jako gest adoracji. Chciałem pozostać niezaangażowany uczuciowo do czasu usamodzielnienia się.

Koniec roku maturalnego poprzedziła sześciotygodniowa praktyka, którą odbyłem z grupą kolegów w zakładach aparatury elektrycznej w Warszawie - Międzylesiu. Pracę zaczynaliśmy o godzinie szóstej.

Dojazd z Jaktorowa do Międzylesia trwał około półtorej godziny.

Dojazd pociągami w okresie szczytu komunikacyjnego miał też swoją specyfikę. Wagony, o budowie innej niż współczesne, zapełnione były nie tylko we wnętrzu, ale też na stopniach, buforach rozdzielających wagony, a niejednokrotnie i na dachach.

Maturę zaliczyłem bez przeszkód i większych emocji.

 

Mając lat 18, 1 sierpnia 1954 r, rozpocząłem pracę w Jelczańskich Zakładach Samochodowych

Do Jelcza skierowany zostałem nakazem pracy po ukończeniu Technikum Elektrycznego w Żyrardowie. Podzieliłem los wielu absolwentów szkół, którzy musieli wówczas opuścić rodziny, by kontynuować ideę budowy socjalizmu.

Zakwaterowano nas w hotelu robotniczym, mieszczącym się w drewnianych barakach, usytuowanych przy drodze z Jelcza do Łęgu.

Zakłady podzielone były na sektory. Tereny z halami A i B usytuowane w środku zakładów, otoczone były wysokim więziennym murem. Do tych terenów przylegało więzienie, również otoczone wysokim murem. Pozostała część zakładów, otoczona wysokim ogrodzeniem z siatki i drutu, stanowiła magazyny i zaplecze przedsiębiorstwa lub w postaci ruin po zniszczonych halach oczekiwała lepszych czasów.

W czasie mojego przybycia do zakładów, to jest po blisko 2 letnim ich funkcjonowaniu, praca przebiegała – rzec można – pełną parą.

Organizacyjnie - przedsiębiorstwo stanowiło dwa odrębne zakłady: Zakład Budowy Nadwozi Samochodowych /ZBNS/ i Zakład Napraw Samochodowych /ZNS/

Ja zostałem skierowany do Działu Głównego Technologa w Zakładzie Budowy Nadwozi Samochodowych.

Załogę zakładu, którą zastałem przystępując do pracy, w 80 % stanowili więźniowie, pozostałą, jak to się wówczas określało, “cywile”.

Społeczność więzienną, szczególnie tą z wykształceniem, stanowili w dużej mierze ludzie eliminowani z życia publicznego z powodów ustrojowych, skazani niewinnie, skrzywdzeni przez los, wymieszani z pospolitymi przestępcami.

“Cywile” to najczęściej przypadkowi obywatele, którzy z okolicznych wsi przyszli dorobić na życie, lub zwerbowanych przez różne agitacje i nakazy.

Faktycznie “cywile” stanowili mniej doświadczoną społeczność w zakresie znajomości produkcji i jej przygotowania, mając jednak większe uprawnienia oficjalne pozostawali w równowadze znaczeniowej w stosunku do więźniów.

Mówiąc o równowadze znaczeniowej mam na myśli setki drobnych decyzji technicznych i administracyjnych, podejmowanych w poszczególnych komórkach organizacyjnych. Decyzje globalne pozostawały w kompetencji cywilów, najczęściej poza przedsiębiorstwem.

Faktem było, że znaczna część cywili, uczyła się pracy od więźniów. Było to możliwe tylko wówczas, gdy w swym postępowaniu, potrafili ułożyć właściwe stosunki z więźniami.

Sprawy związane ze sterowaniem poszczególnych działań produkcyjnych, można było załatwić dwutorowo a mianowicie: - drogą oficjalną i cywilne kierownictwo - lub też kanałami i sposobami znanymi tylko więźniom, przy czym ten drugi sposób był często skuteczniejszy od oficjalnego.

Zakład Budowy Nadwozi Samochodowych wykonywał wówczas nadwozia warsztatowe, na podwoziach ZIS i ZIŁ, z przeznaczeniem dla wojska.

Wszystko w zakładzie otoczone było wielką tajemnicą, o zachowaniu której musieliśmy zapewniać, składając comiesięczne oświadczenia i wypełniając różne ankiety.

Pierwsze miesiące mojej pracy - to okres uczenia się nie tylko pracy ale także samodzielnego życia.

Okres ten był o tyle trudniejszy, że zakład w tych pierwszych moich miesiącach nie wykonywał planów produkcyjnych i z tego powodu nie otrzymywaliśmy premii, której minimum - przy wykonaniu 100 % planu - wynosiło 50 % pensji. Ograniczało to moje niskie zarobki początkującego pracownika.

Mimo że znalezienie pracy lepiej płatnej nie było wówczas problemem, to zwolnienie się pracownika zatrudnionego z nakazu pracy, było praktycznie niemożliwe.

Kierownictwo zakładu, które wyraziłoby zgodę na rozwiązanie stosunku o pracę, z pracownikiem odbywającym nakaz pracy, byłoby prawdopodobnie posądzone o to, że nie chce budować socjalizmu. Był to wówczas grzech ciężki, za który można było nie uzyskać rozgrzeszenia.

Istniał zresztą wówczas przymus pracy, tak więc porzucenie pracy równało się z wejściem w kolizję z prawem, a zarazem wejściem do klasy społecznej ideowo niepożądanej.

W 1955 roku zakład zaczął wykonywać i przekraczać plany produkcyjne, poprawiając tym samym sytuację materialną: moją i moich kolegów.

Nastąpiło wiele zmian. Zlikwidowano przyzakładowe więzienie i zrezygnowano z pracy więźniów.

Uzyskanie odpowiedniej ilości pracowników cywilnych, na miejsca pracy zwalniane przez więźniów, nastręczało wiele problemów kadrowych.

Zaczęto werbować i zwozić do Jelcza pracowników z mniej uprzemysłowionych regionów Polski.

Przeważnie byli to ludzie młodzi i surowi, bez znajomości zawodów potrzebnych w motoryzacji. Często by wejść w arkana wiedzy powierzanego im zawodu, uczyli się na własnych błędach.

Nie wszyscy jednak znajdowali w zakładzie swoje miejsce. Z tego względu płynność kadr w tym czasie była bardzo duża.

Życie towarzyskie i kulturalne też miało inne uwarunkowania i wymiary. Przypomnę, że w tym czasie nie było w Polsce telewizji, a radioodbiorniki miały tylko zamożniejsze rodziny.

Większość pracowników przedsiębiorstwa stanowili ludzie młodzi. Przykładem młodego wieku załogi może być dział w którym pracowałem, zatrudniający w tym czasie 50-ciu pracowników, z pośród których tylko trzech było żonatych.

Ponad 90 % mieszkańców hotelu - liczącego w okresie dużego zasiedlenia około 800 osób - stanowili mężczyźni. Zabieganie więc o względy dziewczyn stwarzało pewne problemy, szczególnie jeżeli mieszkaniec hotelu, bez nawiązania odpowiednich kontaktów, znalazł się na terenie okolicznej wsi, na zabawie lub w odwiedzinach i wracał sam wieczorem.

Dlatego z hotelu na zabawy taneczne, czy też inne imprezy w okolicznych miejscowościach, wybierały się raczej grupy, zdolne odeprzeć nieprzyjazne zakusy miejscowych młodzieńców.

Na terenie Hotelu Młodego Robotnika, w którym mieszkaliśmy, w klubo- kawiarni w soboty grała orkiestra i można było potańczyć.

Udział w zabawie, przy niedoborze dziewczyn, uwarunkowany był w zasadzie posiadaniem własnego towarzystwa.

Po pracy spotykaliśmy się w koleżeńskich grupach. W lecie przeważnie szliśmy nad Odrę lub staw. W pozostałych okresach roku zbieraliśmy się w świetlicy hotelowej, organizowaliśmy imprezy rozrywkowe w gronie własnym, lub wyruszaliśmy na spacery po okolicy.

Wieczorami już w pokojach hotelowych opowiadaliśmy sobie swoje spostrzeżenia, przeżycia, życiorysy i dowcipy, w zależności od sytuacji i potencjalnych słuchaczy.

Czas wolny od towarzystwa kolegów wypełniało się najczęściej czytaniem książek.

W okresie zimowym pomieszczenia hotelowe ogrzewaliśmy piecykami – żelaźniakami, w których paliliśmy drewnem i węglem. Zapewniało to jednak odpowiednią temperaturę nieszczelnych pomieszczeń tylko w czasie palenia. Gdy piecyk wygasł bywało że w pomieszczeniu zamarzała woda.

Obiady zazwyczaj jedliśmy w stołówce hotelowej, pozostałe posiłki przygotowywaliśmy w oparciu o codziennie zakupywane produkty. Nie było jeszcze wówczas lodówek w powszechnym użyciu. Robienie zapasów żywności w warunkach hotelowych w zasadzie nie mogło mieć miejsca.

W sposobie bytowania społeczność hotelowa była bardzo różnorodna.Bywali tacy mieszkańcy, którzy zarobioną, dostatecznie dużą pensję, potrafili przehulać w ciągu kilku dni, a potem usiłowali przeżyć do następnej wypłaty.

W całokształcie stosunków wszyscy byli życzliwi i pomagali sobie nawzajem. Tak minął pierwszy rok mojej pracy.

Drewniane baraki w których mieścił się nasz hotel przeznaczono do rozbiórki, przenosząc jego mieszkańców do hotelu urządzonego w pomieszczeniach powięziennych

Część mieszkańców rozlokowała się na kwaterach prywatnych w Jelczu i okolicznych miejscowościach. Ja zamieszkałem także na prywatce w Jelczu. Wielu otrzymało karty wcielenia do wojska.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6