Kategorie: Wszystkie | Opowiadanie autobiograficzne
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2015

Dziewiątego maja 1945 roku, około południa, w pewnym momencie, usłyszeliśmy intensywną strzelaninę i kanonadę z dział, dochodzącą jednocześnie z kilku stron. Odgłosy wystrzałów słychać było przez wiele godzin – raz się nasilały – innym razem słabły, lecz nie ustawały.

Byliśmy zdezorientowani. Sąsiedzi też nic nie wiedzieli. Snuły się przypuszczenia, czy czasem nie wrócił front, lub też nasi nie rozpoczęli wojny z Rosjanami. Sprawa wyjaśniła się dopiero następnego dnia. Dowiedzieliśmy się, że strzelano na wiwat z okazji zakończenia wojny.

W kilka tygodni po zakończeniu wojny ukończyłem drugą klasę szkoły powszechnej. Jedna z moich nauczycielek pani Zofia Konwałowa, pożegnała się z nami w sposób szczególny. Oznajmiła nam, że już więcej nas nie będzie uczyła.

Prawdopodobnie wyjedzie z kraju, bo chociaż jeden wróg – Niemcy został pokonany, to mamy jeszcze drugiego wroga i musi nas opuścić. Jej mąż był folksdojczem i choć ona jeszcze w czasie wojny podkreślała, że nie solidaryzuje się z przynależnością męża, mogła się spodziewać represji.

Wakacje upłynęły wszystkim na intensywnej pracy w gospodarstwie.

Nowy rok szkolny rozpoczęliśmy z nowym nauczycielem Józefem Smoluchowskim, wcześniej mieszkającym we Lwowie

Starszy dobroduszny pan, po sześćdziesiątce, posiadał: wiedzę, doświadczenie, znajomość języków: ukraińskiego i niemieckiego, fantazję i wiele walorów. Nie potrafił jednak zbytnio dyscyplinować uczniów i od nich wymagać. Sytuację w tym względzie ratowała nauczycielka – pani Sabina Winnikowa. Ona potrafiła uczyć i egzekwować. Obydwoje wkładali dużo serca, by nam przekazać wiedzę i nas coś nauczyć

Pierwsze miesiące powojenne nie zmieniły w zasadzie naszych warunków socjalnych. Dalej były braki środków na utrzymanie rodziny. Co prawda już nie głodowaliśmy, ale dalej istniał problem braku pieniędzy na uzupełnienie żywności, odzież i potrzeby gospodarcze.

Niektórzy mieszkańcy wsi zaczęli rozglądać się za pracą poza rolnictwem.

Nasz sąsiad Różański dostał pracę na kolei, Palarczyk zaczął pracować w GS-ie, Michalski został poborcą podatkowym w naszej gminie.

To właśnie Kazik Michalski, kiedyś w rozmowie z naszym ojcem, zasugerował możliwość zatrudnienia przez gminę drugiej osoby do spraw podatkowych i uważał, że nasz ojciec byłby odpowiednim kandydatem.

W rezultacie ojciec mój podjął pracę jako delegat powiatowy do spraw podatkowych. Początkowo spotykał się z niechęcią gospodarzy których odwiedzał. Z natury nie był jednak służbistą i w wielu przypadkach podpowiadał gospodarzom, co powinni zrobić, by uniknąć podatku lub go zminimalizować.

W ten sposób zyskał ich zrozumienie do pełnienia niezbyt popularnej funkcji.

Z racji prowadzonego gospodarstwa rolnego praca w gminie była zajęciem wygodnym, nie było wyznaczonego ścisłego czasu pracy, a nasilenie prac rozliczeń podatkowych skupiało się w miesiącach zimowych. Jednak praca ta była nisko opłacana i nie pozwalała na znaczącą poprawę naszej sytuacji bytowej.



W trzeciej klasie moja nauczycielka, pani Winnikowa, wręczyła mi pierwszą książkę do przeczytania. Miałem ją uważnie przeczytać, tak bym umiał ją opowiedzieć. Na przeczytanie otrzymałem tydzień czasu, z zastrzeżeniem bym nie przekroczył tego terminu.

Książką tą była jakaś baśń, której tytułu nie pamiętam. Zapamiętałem natomiast zdziwienie nauczycielki jakie wyraziła, gdy następnego dnia przyniosłem ową książkę, by ją zwrócić. Przekonana że oddaję książkę dlatego że nie mam ochoty jej czytać, podkreśliła że jest to lektura obowiązkowa i nie mogę być z niej zwolniony. Z niedowierzaniem przyjęła moje wyjaśnienie o tym, że książkę już przeczytałem. Opowiedziałem zadowalająco treść książki.

Nauczycielka zaproponowała mi, już nieobowiązkowo, przeczytanie następnych książek. Propozycję przyjąłem chętnie. W ciągu roku szkolnego trzeciej klasy wszystkie bajki i nowelki z biblioteczki szkolnej zostały przeze mnie przeczytane. Niektóre czytałem głośno, by słyszeli rodzice, lub opowiadałem im treść.

Poprzez czytanie rozwijałem zarówno swą wiedzę, jak też umiejętność przyswajania przeczytanych treści. Czytanie powoli stawało się moją pasją.

Czytając jednak początkowo w większości baśnie i dziecięce opowiadania, bardziej niż wiedzę rozwijałem swoją fantazję

Jako czwartoklasista umyśliłem sobie, że jestem już dostatecznie duży, by zacząć samodzielne życie. Pojadę gdzieś w świat, może znajdę kogoś kto powierzy mi jakąś pracę i rodzice nie będą musieli na mnie pracować.

Oczywiście nie mogę im o tym powiedzieć, bo się nie zgodzą na mój wyjazd.

Niewiele się namyślając, któregoś jesiennego popołudnia opuściłem dom i udałem się na stację kolejową w Jaktorowie. Trafiłem na pociąg jadący z Warszawy do Żyrardowa. Było mi obojętne w którym kierunku mam jechać.

Co prawda Żyrardów był blisko, ale od czegoś należało zacząć.

Dojechałem do Żyrardowa. Zaczęło się ściemniać. Wędrowanie po ciemku, przy jesiennym chłodzie, nie miało sensu. Postanowiłem na nocleg wykorzystać dworcową poczekalnię. Początkowo nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wielokrotnie wychodziłem i wchodziłem do pomieszczeń dworcowych. Kiedy jednak zrobiło się już trochę późno, a ja skulony siedziałem wciśnięty w kąt poczekalni, zainteresował się mną pewien kolejarz. Zaczął mnie wypytywać dlaczego nie wracam do domu.

Opowiedziałem mu o sobie historyjkę według której w czasie wojny uciekłem z Warszawy i znalazłem się bez rodziców we wsi Budy Zosine. Pracowałem do tego czasu u jednego chłopa, a teraz jako że na jesieni, na wsi nie ma już pracy, chłop kazał mi szukać zajęcia w mieście.

Kolejarz oburzony na bezdusznego chłopa zabrał mnie do swojego mieszkania i przenocował. Mieszkał w pobliżu stacji kolejowej z żoną i synkiem, młodszym ode mnie około dwa lata.

Opowiedziałem również o tym, że gdzieś z drugiej strony Warszawy, za Nowym Dworem Mazowieckim, mam babcie i stryja, którzy mieszkają we wsi Wilków. Zasugerowałem swą wolę odszukania i dotarcia kiedyś do nich.

Całe moje opowiadanie o sobie było prawdziwe, z wyjątkiem wyparcia się rodziców, brzmiało przekonywująco. Uwierzył w nie ów kolejarz i uznał, że koniecznie powinienem od razu wyruszyć na poszukiwanie rodziny. Wyposażył mnie w bilet kolejowy do Modlina, skąd miałem kontynuować poszukiwania.

Z Żyrardowa pociąg dojechał do stacji Warszawa Główna. W dalszą podróż do Modlina można było wyruszyć z dworca Warszawa Wschodnia. Wędrówkę między dworcami odbyłem pieszo. Przez Wisłę przedostałem się idąc po moście pontonowym. Do Modlina dotarłem już po zmierzchu. Dalszą podróż należało odłożyć do dnia następnego.

Poczekalnia w Modlinie była nie ogrzewana, a to była już druga połowa października i noce były chłodne. Siedząc w kącie poczekalni, zwróciłem uwagę kolejarza, który prawdopodobnie był zawiadowcą stacji lub dyżurnym ruchu. Zapytał mnie: gdzie chcę jechać, informując jednocześnie, że do rana nie ma już żadnego pociągu i z tego powodu powinienem udać się do domu.

Wyjaśniłem kolejarzowi swój cel podróży. Wilków do którego się wybierałem, w stosunku do Modlina, leżał po przeciwnej stronie Wisły, o czym wiedziałem wcześniej, nie był jednak znany kolejarzom. Ów kolejarz – zawiadowca zaprosił mnie do swojego pomieszczenia służbowego i wskazał miejsce przy ciepłym piecu, stojącym na środku. Przy okazji dowiedziałem się, że na lewy brzeg Wisły mogę przeprawić się tyko w Nowym Dworze, gdyż w Modlinie nie ma przeprawy.

Pierwszym porannym pociągiem wróciłem więc do Nowego Dworu, przez który dnia poprzedniego przejeżdżałem i z dworca udałem się w kierunku Wisły. Wiedziałem że w Nowym Dworze mieszka moja ciocia Fela, siostra mojego ojca, ale moja wiedza się na tym kończyła, nie znałem nie tyko adresu ale też jej nazwiska.

Tak więc z pomocą dwu kolejarzy, bardzo porządnych ludzi, znalazłem się w drodze do babci.

Nim dotarłem do przeprawy na Wiśle, o jej miejscu uzyskałem kilka rozbieżnych informacji. Odnalazłem jednak to miejsce i przeprawiłem się.

Do przeprawy służyła kilku osobowa łódka z jednym wiosłem, wprawnie użytkowanym przez przewoźnika. Był to mój pierwszy wodny rejs.

Znajdując się na lewym brzegu Wisły, wiedziałem, że z jej biegiem powinienem przebyć kilkanaście kilometrów, by dotrzeć w pobliże celu. W praktyce sprawa się komplikowała. Do koryta rzeki przylegały podmokłe łąki, sitowia, różne mokradła i zarośla.

Nie można było poruszać się, nie tracąc widoku koryta rzeki.

Postanowiłem znaleźć jakąś drogę, rozpytując napotykane osoby. Nie bardzo wiedziały gdzie leży Wilków. Na szczęście pamiętałem, że to gdzieś koło miejscowości Leoncin. Wskazywały mi kierunek, lecz polne dróżki, to zakręcały, to się rozwidlały, lub też kończyły gdzieś w polu.

Spotkałem wreszcie kogoś, kto znał tamte strony, lecz zamiast wspomóc moje poczynania, wprowadził nowy problem. Otóż okazało się że wsi o nazwie Wilków jest kilka: Wilków Stary, Wilków Nowy i jeszcze kilka innych.

Ja natomiast nie wiedziałem jaki ma być mój Wilków.

Rozwiązanie moich problemów nastąpiło nieoczekiwanie. Trochę zmęczony porannymi wędrówkami postanowiłem poprosić o wodę w napotkanym domu. Spytałem przy okazji gospodynię o drogę do Wilkowa. Popatrzyła na mnie uważnie i zapytała: nie jesteś przypadkiem synem Jana Roszczyka? Tak – odrzekłem. Byłem zdziwiony.

Jak się później okazało, była to znajoma ojca z młodych lat. Ona wskazała mi właściwą drogę, która mnie czekała i wynosiła około siedemnastu kilometrów, oraz określiła dokładną nazwę wsi, to jest Wilków Nowy.

Późnym popołudniem dotarłem do babci Rozalii – matki mojego ojca.

Gdy babcia zorientowała się w sytuacji, nic mi nie mówiąc, wysłała natychmiast list do rodziców, informując ich gdzie jestem.

Po tygodniu czasu od mojego wyjazdu, ojciec wraz z sąsiadem przyjechali po mnie rowerami. Korzystając w dużej mierze z wiejskich dróg, wróciliśmy z Wilkowa do domu, pokonując trasę około czterdziestu kilometrów.

Jak się później dowiedziałem, moje zniknięcie było przedmiotem intensywnych poszukiwań zarówno przez rodziców jak i sąsiadów. Szukano mnie w okolicznych wsiach, a nawet w stawach. Nikt z moich kolegów nic nie wiedział, rodzice byli zrozpaczeni. Gdy się odnalazłem, darowali mi mój wybryk i nawet mnie nie ukarali.

 

Nauka w szkole nie przysparzała mi żadnych trudności. Jeżeli chodzi o pozycję klasowego lidera, to w klasie miałem tylko dwie konkurentki. Były nimi: Basia i Teresa, pilniejsze i staranniej odrabiające zadania domowe. Moją słabą stroną był brzydki charakter pisma i brak uzdolnień w rysowaniu. Potrafiłem natomiast przyswajać sobie dość łatwo i w sposób trwały: wiedzę historyczną, treść czytanych książek, a także bez problemów radziłem sobie z pisaniem wszelkich opracowań i rozwiązywaniem matematycznych zadań.

Kiedy poziom sprawdzanych losowo zadań domowych był niezadowalający, wówczas moja praca była również sprawdzana, jako miernik porównawczy. Mobilizowało mnie to do odrabiania zadawanych do domu lekcji.

Nie odrobienie bez usprawiedliwienia zadań domowych mogło być ryzykowne, groziła ocena niedostateczny i “łapy”.

Podczas jednego z takich sprawdzań nauczycielka poprosiła jedno z dzieci, by przeczytało swoją pracę. Okazało się że nie ma, a sposób tłumaczenia był jakiś irytujący. Uczeń otrzymał dwóję i “łapy”. Następne dziecko przeczytało swoją pracę, ale jej treść była bez sensu. Nauczycielka zaczęła wywoływać kolejnych uczniów, by czytali swoje wypracowania. Posypały się dwóje i “łapy”.

Już przy pierwszych sprawdzeniach poczułem się zagrożony, ponieważ ja także nie odrobiłem lekcji.

Kiedy nauczycielka sprawdzała inne dzieci, ja ukryty za plecami siedzącego przede mną kolegi, rozpocząłem pisanie. Kiedy zostałem wywołany do przeczytania swojej pracy,

kończyłem pisanie. Przeczytałem. Ostatnie zdanie którego nie zdążyłem zapisać – dopowiedziałem.

Usłyszałem kilka pochwał od nauczycielki, która chcąc mnie uhonorować zapisem piątki do zeszytu, jak to było w zwyczaju, poprosiła o mój zeszyt. Podszedłem niepewnie. Opracowanie zapisane atramentem było mokre, co nauczycielka natychmiast spostrzegła.

Decyzja nauczycielki odnotowana w moim zeszycie czerwonym atramentem była następująca: za poprawne napisanie wypracowania – ocena bardzo dobry, za nie odrobienie lekcji w domu – ocena niedostateczny. W dodatku dostałem łapy.

Nie bardzo zadowolony z obrotu sprawy, zamknąłem zeszyt z rozmachem i udałem się w kierunku swojej ławki. Zostałem jednak zawrócony. Okazało się, że zamykając zeszyt rozmazałem świeży zapis. Potraktowała to jako arogancję z mojej strony, chociaż ja sam przyznał bym się raczej do bezmyślności.

Kosztowało mnie to następne łapy i dodatkową adnotację skierowaną do rodziców. Uznałem że drugie łapy otrzymałem niesprawiedliwie i już ze złością złożyłem zeszyt, zamazując przed chwilą wpisaną uwagę. Skończyło się na trzecich łapach. Był to mój nienajlepszy dzień.

Moja pozycja w klasie i tak była lepsza niż moich rówieśników.

Myślę że byłem lubiany i nieco faworyzowany przez nauczycieli.

W zasadzie nie byłem konfliktowy, chociaż cechowała mnie nieustępliwość.

Zdarzyło się kiedyś, że jeden z moich rówieśników, na przerwie między lekcyjnej, próbował przekonać mnie o swojej przewadze fizycznej.

Było to coś w rodzaju wyzwania na pojedynek.

Siły nasze były mniej więcej równe, z tym że przeciwnik mój był w obuwiu, ja natomiast boso. To dawało mu przewagę. Kopnięcie butem było dotkliwsze niż gołą nogą. Poza tym w zwarciu deptał mi po gołych stopach.

Nie chciałem jednak dać za wygraną, gdyż był to również popis przed kolegami, którym zapowiedziałem wcześniej by się nie wtrącali.

Naszą bójkę zauważył nauczyciel i przybiegł by nas rozdzielić. Nie pomagały jego nakazy abyśmy zaprzestali walki. Ja natomiast dostrzegłem okazję zwiększenia swoich szans. Wyrwałem nauczycielowi laskę i zacząłem okładać nią przeciwnika. Trochę mu się dostało.

Na pytanie nauczyciela – kto zaczął – koledzy wskazali na mojego przeciwnika.

Klasę do której uczęszczałem, jak i inne, stanowiła młodzież zróżnicowana wiekiem.

Ze mną w jednej ławce zasiadał Lutek Kulis, starszy ode mnie o cztery lata. Jego brat Wiesiek, także uczeń naszej klasy, był od niego tyko o rok młodszy. Ich obecność dawała mi jakoby dodatkową gwarancję bezpieczeństwa, chociaż i tak większość kolegów była ustosunkowana do mnie przyjaźnie.

W domu też następowały pewne zmiany. Ojciec wybudował stodołę w miejsce spalonej. Mój brat Jurek z chwilą ukończenia szesnastu lat, podjął pracę gońca w Żyrardowskim magistracie. Pracując zgłosił się do Szkoły Przysposobienia Zawodowego w Gliwicach. Szkoła zapewniała utrzymanie i kształcenie.

Kiedy uczęszczałem do piątej klasy, szkołę naszą odwiedził wizytator, jakiegoś tam wyższego szczebla. Z zawodu wizytator był nauczycielem historii. Zadawał nam pytania z różnych przedmiotów, najwięcej jednak z historii i zagadnień ogólnych. Błyszczałem wiedzą na tle moich koleżanek i kolegów. Obroniłem w pewnym sensie prestiż szkoły i jej nauczycieli. W rewanżu nauczyciele jeszcze w większym stopniu otoczyli mnie swoją troskliwością, ale też i zaufaniem.

Ponieważ przeczytałem wszystkie książki ze szkolnej biblioteczki, których było niewiele, moi nauczyciele, obydwoje mieszkający w Żyrardowie, wypożyczali i przynosili mi książki z biblioteki miejskiej. W ten sposób, w czasie uczęszczania do piątej i szóstej klasy, przeczytałem wiele polskich powieści, najczęściej historycznych, a wśród nich Starą Baśń, Krzyżaków, trylogię Sienkiewicza, Faraona, W Pustyni i w puszczy i wiele innych.

Będąc uczniem klasy szóstej, w ramach wyróżnienia, jako jedyny uczeń naszej szkoły, zostałem wysłany na Wystawę Ziem Odzyskanych we Wrocławiu. Może nie wystawa ale sam wyjazd był dla mnie atrakcją.


Stając się coraz starszym, pod nieobecność starszego brata, miałem coraz więcej obowiązków przy domowych pracach gospodarskich. W zimie trzeba było naciąć sieczki, narąbać drewna na opał, pomagać rodzicom w karmieniu zwierząt gospodarskich, w lecie natomiast uczestniczyć w pracach polowych, żniwach, wykopkach i innych.

Pomagałem także ojcu w postawieniu obory dla zwierząt. Wcześniej ojciec zgromadził trochę cementu i cegieł z rozbiórki. Istniał jednak problem uzyskania potrzebnej ilości materiałów. Na wszystko trzeba było mieć przydział, a o przydział nie było łatwo.

Przydział na cement, ojciec uzyskał deklarując budowę trzech silosów paszowych. W rezultacie postawił jeden, a resztę cementu przeznaczył na budowę obory.

Z cementu i piasku robiliśmy cegły, posługując się foremkami zrobionymi przez ojca. Praca trwała całe lato, ponieważ robiliśmy po kilkadziesiąt cegieł dziennie.

Posługując się metodami gospodarskimi, to jest robiąc wszystko sami, zmienialiśmy nasze gospodarstwo. W jego obejściu, oprócz domu, znalazła się stodoła, obora, piwnica i silos. Dom stawiany z drewna, z czasem został przekształcony w murowany.

Chociaż wszystko było małe, to stanowiło przytulny zakątek, przynajmniej dla mnie. W tym otoczeniu rosłem, zdobywałem wiedzę i doświadczenie.

Jednego późnojesiennego wieczoru, już po zmroku, wyszedłem na podwórko by podać jedzenie psu. Padał deszcz ze śniegiem przy silnym i zimnym wietrze. Pies był w budzie, wbudowanej we wnętrzu stodoły.

Kiedy się do niego zbliżyłem, wyskoczył radując się moją obecnością i niesionym pożywieniem, lecz po chwili zaczął natarczywie ujadać.

Z mroku wyłoniła się postać sporego mężczyzny. Spytał czy jest ojciec i kto jest w domu. Nieświadomy kim jest ów mężczyzna, szczerze odpowiedziałem, że w domu jest tyko matka, a ojciec nie wrócił jeszcze z pracy. Zażądał bym z nim szedł do mieszkania. Nie pozwolił mi zanieść jedzenia pod budę i chwytając za kark zmusił mnie do posłuszeństwa. W międzyczasie przy opisanym osobniku pojawił się drugi, mniejszy, który podstawił mi pod nos pistolet.

Wystraszony wszedłem do mieszkania a za mną napastnicy. Niższy uzbrojony w pistolet miał na głowie zaciągniętą pończochę maskującą twarz. Zażądali od matki pieniędzy. Wyjęła ze szkatułki jakąś zupełnie drobną sumę. Oznajmiła że więcej nie ma, a kiedy wróci mąż tego nie wie. Gdy to mówiła, stała w pobliżu drzwi do drugiego pokoju, przysłoniętych do połowy szafą. Nagle coś stuknęło na strychu odwracając uwagę napastników. Matka wykorzystała ten moment i wsunęła się do drugiego pokoju. Napastnicy zawahali się. Nie wiedzieli czy ktoś jest za ścianą, a jeśli tak to kto. Nie bardzo chcieli ryzykować.

Większy, z czerwoną szeroką gębą, chwycił mnie ponownie za kark i spytał mniejszego – co z nim – ten tylko gestem wskazał by mnie zostawił. Nim wyszli otrzymałem od nich nakaz, abym w najbliższym czasie nie wychodził z pokoju, bo mnie zastrzelą.

Nie wiedziałem co robić dalej, jednak po chwili wahania, podobnie jak matka wsunąłem się do drugiego pokoju.

Matki nie było. Pokój jeszcze z czasów jak trzymaliśmy w nim zwierzaki po spaleniu stodoły, miał drzwiczki – były lekko uchylone. Nie miałem pewności, czy matka uciekła, czy też zabrali ją bandyci.

Z obawą, w poszukiwaniu matki, wyszedłem na podwórko. Nigdzie jej nie było Nie było też napastników, a ja nie wiedziałem, czy ją zabrali, czy uciekła i co robić dalej.

Udałem się do najbliższego sąsiada. W skrócie opowiedziałem mu o wydarzeniu. Wyjaśnił mi, że sam przeciw dwu uzbrojonym bandytom nie jest w stanie się przeciwstawić. Pocieszył mnie tyko że matka na pewno uciekła a napastnicy sobie poszli. Uznał, że trzeba zwołać kilku sąsiadów i z nimi dopiero iść do naszego domu, by wszystko sprawdzić.

Okazało się że matka uciekła i również skierowała się do sąsiadów, tyle że innych. Już w kilku osobowej asyście męskiej wróciliśmy do domu. Ktoś pojechał do Jaktorowa, by zadzwonić na posterunek milicji. Po kilku godzinach mężczyźni asystujący rozeszli się do swoich domów, uznając że bandyci nie mogą w tym samym dniu powtarzać nieudanego napadu.

Tego dnia ojciec w ogóle nie wrócił do domu. Zdarzyło się to już kilka razy w sytuacji kiedy za podatkami chodził w drugi koniec gminy, to jest piętnaście kilometrów od domu. Wówczas wolał skorzystać gdzieś z noclegu niż wracać nocą po bezdrożach. W tym przypadku sprawa miała się trochę inaczej. Milicja powiadomiła o zajściu urząd gminny i ojciec został ostrzeżony. Zalecono by ojciec w tym dniu raczej nie wracał do domu.

Pomysł napadu nie dawał się wyjaśnić w prosty sposób.

Byliśmy jedną z biedniejszych rodzin w okolicy. Zdarzało się, że ojciec czasem, gdy nie zdążył wpłacić zebranych pieniędzy podatkowych do kasy gminnej, przynosił je do domu, ale praktycznie to o tym nikt nie wiedział i mógł tylko wywnioskować.

Ale pieniądze podatkowe łatwiej było odebrać ojcu z dala od miejsca zamieszkania. Dlaczego więc napadnięto dom?

Przypuszczenia sugerowały o tym, że przynajmniej jeden z napastników, ten zamaskowany, musiał być znany.

Następnego dnia ojciec wrócił do domu uzbrojony w karabin. Powiedzieli mu że gdyby zapisał się do PPR-u to mógłby otrzymać broń krótką, a tak to tylko mogą mu dać karabin.

Milicja, a właściwie to UB, usiłował zrobić z tego wydarzenia sprawę polityczną, łącząc napad z pracą urzędnika na służbie. Po kilku dniach po zajściu, matka ze mną była wzywana do urzędu powiatowego milicji w Grodzisku Mazowieckim. Pokazywali nam jakichś podejrzanych osobników, lecz nie byliśmy w stanie nikogo rozpoznać.

W niecały rok od tego wydarzenia ojciec zrezygnował z pracy urzędnika podatkowego i podjął pracę w “Składnicy Surowców Włókienniczych i Skórzanych” w Jaktorowie na stanowisku brakarza, po przejściu odpowiednich szkoleń zawodowych.

Szóstą klasę szkoły podstawowej kończyłem żegnając się ze szkołą we wsi Budy Zosine. Był to dla mnie szczególny etap życia. W tej szkole wyrastałem na wysokiej pozycji uczniowskiej, otoczony opieką nauczycieli, wydobywających ze mnie moje możliwości i ambicje. Szkoła w zasadzie przewidziana była jako czteroklasowa i tylko zbiegiem jakichś okoliczności, w czasie gdy ja do niej uczęszczałem, przedłużono nauczanie do szóstej klasy.

Do siódmej klasy zacząłem uczęszczać w Jaktorowie. W porównaniu ze szkołą w Budach Zosinych, szkoła w Jaktorowie była o wiele większa. Na Budach Zosinych moja szósta klasa liczyła kilkanaście uczniów, tu siódmą klasę stanowiły dwie klasy, o liczbie uczniów ponad czterdzieści każda.

Przepełnienie klas nie gwarantowało dla wszystkich miejsc w ławkach. Z tego powodu ja i kilku moich kolegów byliśmy zmuszeni przysiadać się na trzeciego w dwu osobowych ławkach. Nie od razu znalazło się dla mnie miejsce. Kilku moich przyszłych kolegów, w pierwszych próbach nie wyraziło zgody, bym przystawił krzesło do zajmowanej przez nich ławki.

Jaktorów, szczególnie w swojej części centralnej, skupiał ludność pozarolniczą i jego mieszkańcy zarówno dorośli jak i młodzi, uważali się za inteligentniejszych od tych co mieszkali po innych wsiach. Nas trochę pogardliwie nazywali “budnikami”.

Moje stosunki z nowymi kolegami nim się unormowały były poprzedzone pewnym wydarzeniem.

Otóż po miesiącu uczęszczania do nowej dla mnie szkoły, na jednej z przerw między lekcyjnych, podeszło do mnie trzech kolegów w otoczeniu grupy, oświadczając mi, że powinienem jako “budnik”, to jest mieszkający na Budach ...., dostać lanie.

Powiedziałem im ze spokojem, że są niehonorowi, jeśli we trzech przy wsparciu grupy chcą mnie pobić. Oświadczyłem im, że jeśli któryś ma coś do mnie i chce się ze mną bić, to pojedynczo służę każdemu i żadnego się nie boję. Najbardziej zadziorny z moich przeciwników wystawił pierś i zaproponował bym go uderzył jeśli się nie boję. Odrzekłem mu, że nie mam powodu, ani ochoty się z nim bić, dopóki on nie zacznie. Na tym się skończyły zakusy agresji. Reszta kolegów pośmiała się z zadziornego Jasia, a mój prestiż urósł.

Otóż ten Jasio okazał się później bardzo praktycznym dla mnie kolegą. Miał gdzieś dostęp do dużej ilości popularnych powieści przygodowych i takich które wówczas były poza obiegiem w bibliotekach. Za bardzo małą opłatą, stanowiącą równowartość jednego do trzech papierosów, przynosił mi te książki, a ja z wielkim zapałem czytałem je, często kosztem obowiązkowej nauki.

Przy tak zagęszczonych klasach, nauczyciele nie mieli takich szans wglądu w przebieg nauczania, jak to czynili moi nauczyciele na Budach. Poza tym niektórzy z nich odwalali swoją pracę, kierując się różnymi nie zawsze pedagogicznymi względami. Stosunek nauczycieli do rodziców stanowił niekiedy kryterium oceny uczniów. Było to nieraz aż nadto widoczne.

Mnie to oczywiście nie przeszkadzało. Nie kontrolowany na bieżąco, codzienne odrabianie lekcji uznawałem za niepotrzebną stratę czasu. Śledząc bieżące lekcje, bez większego trudu przyswajałem sobie ich treść. W efekcie przy przypadkowych kontrolach zadanych prac domowych często otrzymywałem ocenę niedostateczną, wzywany natomiast na lekcji do odpowiedzi uzyskiwałem ocenę pozytywną.

Ostateczne oceny nie były imponujące, ale i moją ambicją nie było walczyć o nie. Rodzice przyzwyczajeni przez poprzednie lata do mojej samodzielności, nie ingerowali w moją naukę.

W dodatku nie mieli w zasadzie czasu by się mną zajmować. Matka w listopadzie urodziła mojego brata Sławka. Ojciec prócz pracy w gospodarstwie rolnym pracował w składnicy surowców włókienniczych. Obydwoje liczyli raczej na moją pomoc. Starałem się im pomagać i byłem za to chwalony.

Po narodzinach mojego brata zaistniała potrzeba zakupu i przywiezienia wiklinowego łóżeczka, które matka wcześniej wypatrzyła w sklepie w Grodzisku Maz. Wybrałem się po nie rowerem. Zakupione łóżeczko załadowałem na bagażnik ale nie dało się jechać. Ponieważ do domu miałem około 10 kilometrów, ponawiałem próbę jazdy.

Moje zmagania zauważył jakiś mężczyzna, zaproponował po moich wyjaśnieniach bym skręcił w jego podwórko, a następnie tak mi zamocował owo łóżeczko, że wróciłem jadąc. Zapamiętałem ten epizod nie z powodu łóżeczka, ale z powodu uczynności człowieka, który idąc w przeciwnym kierunku, zawrócił by pomóc bezinteresownie i rzeczowo.

Jednym z problemów jaki się wyłonił w szkole, była nauka języka rosyjskiego. Moi koledzy z Jaktorowa, począwszy od piątej klasy, uczyli się tego języka, ja natomiast z powodu braku nauczyciela nie uczyłem się w ogóle.

Nauczycielką języka rosyjskiego była kierowniczką szkoły. Uczyła, zadawała lekcje, a po dwóch miesiącach zaczęła pytać, by wystawić oceny. Wydało się wówczas, że nie tyko mam dwuletnie zaległości, ale nie zacząłem nauki. Wyjaśniła mi, że nie będzie mogła dać mi świadectwa ukończenia siódmej klasy, jeżeli nie nauczę się rosyjskiego, choćby trochę.

Z ciekawości nauczyłem się rosyjskiego alfabetu, co było zaleceniem nauczycielki. W drugim półroczu nauczyłem się wierszyka “bielejet parys odinoki” i w ten sposób uzyskałem pozytywną ocenę z tego języka. Jednak stopień opanowania języka można ocenić jedynie jako mierny.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6