Kategorie: Wszystkie | Opowiadanie autobiograficzne
RSS
wtorek, 01 grudnia 2015

Urodziłem się w 1936 r. w Warszawie. Pierwszy rok mojego życia, jak większość moich rówieśników, spędziłem prawdopodobnie na nauce chodzenia, padania i przemieszczania się w obrębie wzroku matki, czego jednak nie pamiętam. W następnych latach trenowałem wydobywanie dźwięków zrozumiałych dla innych, zwanych mową.

W 1939 roku, gdy zaczęły się bombardowania Warszawy, ktoś z sąsiadów słysząc nadlatujące samoloty, dla uspokojenia choćby na chwilę sytuacji, podsunął myśl, że to są nasze. Mimo że to nie były nasze tylko niemieckie, ja podchwyciłem ten optymistyczny akcent i przy każdym następnym nalocie, gdy wszyscy schodzili do piwnic - wołałem: mamusiu - to nasze, mamusiu - to nasze. Nie wiem, czy tym wołaniem uspokoiłem kogokolwiek, lecz intencje moje na pewno były szczere. Było to moje pierwsze zauważone zastosowanie mowy do celów propagandowych.

Mój optymizm nie zapobiegł zbombardowaniu domu w którym mieliśmy sklep. Rodzice pozbawieni sklepu zostali bez środków utrzymania.

Mieli jednak 5,22 hektara ziemi zakupionej jako lokata kapitału i drewno na domek letniskowy, który miał być wybudowany na tym terenie.

Ojciec w tak trudnych warunkach, bez środków finansowych, podjął trud wybudowania domu oraz założenia gospodarstwa rolnego.

Z całą rodziną - to jest z rodzicami i starszym ode mnie o 6 lat bratem Jurkiem - na wieś sprowadziliśmy się wiosną 1942 roku, do wybudowanego przez ojca domku.

Ziemia wcześniej eksploatowana przez sąsiada - dzierżawcę, wymagała uprawienia i zasiewów. Plony mogła dać dopiero po roku gospodarzenia i ten rok należało przetrwać.

Dla zdobycia środków na przetrwanie - ojciec próbował handlować mlekiem dowożąc je nielegalnie do Warszawy. Jednak po kilku obławach i łapankach, z których udało mu się uciec, doszedł do wniosku że uzysk z tego handlu - marny, nie wart jest ryzyka, gdyż można stracić nawet życie.

Po żniwach - nie naszych jeszcze - zbieraliśmy z bratem pojedyncze kłosy żyta na okolicznych rżyskach, przynosiliśmy je do domu, wyłuskiwaliśmy ziarnka a ojciec mielił je na ręcznym młynku do kawy i gotował z tego potrawę, zwaną porką .

Pierwszy rok gospodarzenia zaczęliśmy z inwentarzem składającym się z jałówki - czyli nieletniej krowy - gdyż na zakup dorosłej nie było pieniędzy, oraz jednej kury podarowanej przez życzliwą sąsiadkę. Urosło też trochę drobnych ziemniaków posadzonych wiosną na wyjałowionej i niedostatecznie uprawionej ziemi.

Właściwie to nie była ziemia a piasek. Według rolniczej kwalifikacji były to głównie grunty V i VI klasy, nadające się bardziej pod uprawy leśne niż rolne.

Nasz podstawowy jadłospis ukierunkowany był na kartoflankę i porkę czasem gotowaną na mocno rozcieńczonym mleku, zdobywanym przez matkę. Jesienią nasz jadłospis został wzbogacony o kapustę którą otrzymywaliśmy od sąsiadów pożyczających od nas szatkownicę.

Kiszenie kapusty wiązało się z pewnymi zabiegami w których i ja brałem udział. Otóż moim zadaniem w przygotowaniu kapusty było jej ubijanie - to jest deptanie w beczce. Zostałem dokładnie umyty i boso w krótkich spodenkach skakałem w beczce po ciągle uzupełnianej i solonej, szatkowanej kapuście, aż beczka została napełniona a z kapusty wysączył się sok.

Zajęcie to powtarzałem w następnych latach.

     Krzysztof Roszczyk

 

Z nadejściem zimy pojawił się nowy problem - ogrzewanie i to nie dlatego, że nie było ogrzewania centralnego, ale brak było opału. Jeden z dwu pokoi stanowiących mieszkanie, wyposażony był w kuchnię, w której paliło się patykami z mokrej młodej olszynki. Mokre patyki i drewno nie chciały się palić, dymiły, a już na pewno nie gwarantowały ogrzania domku o drewnianych, cienkich, nieszczelnych ściankach.Zimy w tamtych latach były w dodatku srogie i długie, szczególnie dla 6-cio letniego chłopca.

Po przetrwaniu zimy zaczął się nowy problem - przednówek. Określenie to dzisiaj mniej używane, mówiło o wyczerpaniu się ubiegłorocznych zapasów spożywczych, przed uzyskaniem nowych.

Trzeba było także dokonać wiosennych upraw, co przy braku konia i pieniędzy nie było zwykłą sprawą.

W rozwiązaniu tych problemów pomogła pracowitość rodziców, ich zaangażowanie i przedsiębiorczość ojca. Nie bez znaczenia była pomoc życzliwych sąsiadów.

Ojciec w czasie zimy wykonał z drewna i skórek tzw. chomąto dla krowy - wyrosłej z jałówki i zaprzęgał ją do lżejszych prac polowych. Matka posadziła kwokę na jajkach zakładając w ten sposób kurze stadko.

Po odchowaniu kurczaków, gdy kwoka nie chciała się nieść, matka za poradą sąsiadki posadziła kwokę na gęsich jajach, które także od tej sąsiadki dostała.

Gdy wykluły się małe gąski, kwoka nie potrafiła się nimi opiekować, pozostawiając je same. Opieka nad nimi przypadła dla mnie. Karmiłem je i poiłem, uczyłem skubać trawę, a gdy były niegłodne, siadały tuląc się do mnie.Kiedy wstawałem i przemieszczałem się w inne miejsce, one szły za mną.

Sąsiedzi żartowali mówiąc: to chyba Krzysio wysiedział te gąski. Musiałem wówczas w celu sprostowania opowiadać znaną już historię ich wylęgu.

Zbiory z upraw dawały podstawę wyżywienia, nie zapewniały jednak samowystarczalnego funkcjonowania. Nie było nadwyżek produktów, które można by sprzedać i dokupić niezbędne rzeczy. Czas wojny w dodatku ograniczał możliwość przemieszczania się bez narażania wolności, zdrowia i życia.

Jednak po roku gospodarowania sytuacja o tyle stała się lepsza że zażegnane zostało widmo głodu. Z żyta mielonego na młynku uzyskiwaliśmy mąkę z której matka piekła chleb w piecyku kuchennym. To w tamtych czasach znaczyło wiele. Były ziemniaki, marchew, buraki, kapusta, jajka i mleko. Zakupione dwa prosiaki dawały nadzieję że będzie trochę tłuszczu i mięsa.

Gdyby jednak chcieć wyliczyć czego nie było, to lista byłaby długa.

Z podstawowych produktów nie było owoców, zarówno u nas jak i u sąsiadów. Nie stać nas było na cukier i słodycze. Herbatę piliśmy parzoną z wysuszonych liści jeżyn lub mięty rosnącej w ogródku. Brakowało mięsa, tłuszczów i wielu produktów.

Prowadzenie gospodarstwa choćby w prymitywny sposób wymagało umiejętności i sprzętu. Żadne z rodziców nie nabyło tych umiejętności we własnych domach rodzinnych i teraz musiało zgłębiać wiedzę rolniczą, wysłuchując sąsiedzkich porad lub ich podpatrując.

Naszymi sąsiadami byli ludzie z przymiotami i wadami ludzi prostych. Wiele zawdzięczaliśmy ich życzliwości i pomocy, chociaż prawa współistnienia były surowe i trudne.

Sąsiedzi mimo że byli od dawna osiadłymi gospodarzami, to mieli gospodarstwa biedne z trudem zapewniające utrzymanie ich rodzinom. Ich życzliwość była pomocna w naszym przetrwaniu.

Od sąsiada ojciec uczył się jak wykonać cep, kosisko, czy inne narzędzia i jak się nimi posługiwać. Jak kosić i robić snopki ze ściętego zboża, jak je ustawiać, by zapewnić suszenie i zabezpieczyć przed zaciekami.

Te i wiele innych czynności, na ogół prostych, wymagało odpowiedniej w tym zakresie wiedzy i umiejętności. Wykonane źle powodowały straty, na co ubogi rolnik nie mógł sobie pozwolić.

Ojciec chociaż posiadał tylko podstawowe wykształcenie, był człowiekiem oczytanym i obytym w różnych środowiskach.

Odbywając w swoim czasie służbę wojskową, ukończył szkołę podoficerską i w stopniu chorążego, brał udział w wojnie obronnej w 1939 roku.

Urodzony w 1905 roku, był w czasie który opisuję, młodym ale już dojrzałym, zahartowanym mężczyzną.

Istniejące problemy rozwiązywał najlepiej jak to było możliwe. Dla mnie dodatkowo był skarbnicą wiedzy podstawowej. Opowiadał nam przeczytane książki, przeżyte wydarzenia i różne historie.

W czasie zim wykonał nożykiem figury szachowe i nauczył nas grać w szachy.

Wykonywał nam także trepy, które stanowiły obuwie zimowe, gdyż latem chodziło się boso.

Do wykonania takich trepów używane były stare buty z kompletnie zniszczonymi spodami . Odcięte od nich cholewki przybijane były małymi gwoździkami do podeszwy odpowiednio wyciosanej z drewnianego klocka.

Zaletą ich było to, że zapewniały dobrą izolację i względne ciepło, wadą zaś że do drewnianych spodów przylepiał się i nawarstwiał śnieg, czyniąc je bardzo ciężkie i niewygodne.

Z usposobienia ojciec był bardzo pogodny, lubił czasem sobie podśpiewywać lub nucić, ucząc nas w ten sposób melodii różnych przedwojennych szlagierów. Umiał trochę grać na mandolinie, którą brał, gdy na to pozwalał czas i nastrój.

Matkę moją cechowała pracowitość, obowiązkowość i energia. Uznawała autorytet ojca w zarządzaniu gospodarstwem. Wykonując wszystkie prace domowe i angażując się do wykonywania wszelkich prac polowych uczestniczyła w prowadzeniu gospodarstwa w stopniu nie mniejszym niż ojciec. W opiekę nad nami wkładała dużo serca i wysiłku.

Rok 1943, to powstanie w getcie warszawskim, nasilenie łapanek i terroru okupacyjnego.

Przede mną natomiast został otwarty nowy rozdział życia - szkoła, wówczas nazywana powszechną.

Szkoła mieściła się w budynku parterowego, drewnianego domu i zajmowała w nim dwie izby. Każda z tych izb miała dorobione oddzielne wejście i ganek. Resztę domu zajmowała rodzina właściciela, Feliksa Zarębskiego, zwanego Duszyczką, jako że do każdego rozmówcy mówił: duszyczko kochana - rolnika o nieco większym stopniu zamożności –  gdyż posiadał gospodarstwo rolne, około 25 hektarów niezłej ziemi  i nieco sprzętu rolniczego, jak kierat, młocarnia, wialnia itp.

Cała wieś jak i wiele sąsiednich nie miała elektryczności. W takiej sytuacji źródłem napędu maszyn rolniczych był przeważnie kierat, do którego zaprzęgano konie. Maszyny napędzane silnikami spalinowymi posiadały jedynie czasami duże majątki ziemskie.

Wszystkie mniejsze gospodarstwa rolne wykonywały prace rolne bez użycia maszyn lub je wypożyczając, o ile taka możliwość istniała.

Do ogrzewania każdej z klas - w szkole do której uczęszczałem - służył żelazny piecyk opalany drewnem ofiarowanym dla szkoły przez właściciela budynku. Ścinał on na ten cel, w odpowiednim czasie, drzewa rosnące na terenie swojego gospodarstwa i ciął je na kloce.

Starsi chłopcy rozrąbywali te kloce na drwa. Rozpalanie i podtrzymywanie ognia w piecyku oraz wszystkie prace z tym związane należały do uczniów - dyżurnych.

Tak więc szkoła funkcjonowała dzięki dobrej woli i zaangażowaniu. Nikt nie brał pod uwagę, że to może być praca za ciężka lub zbyt niebezpieczna dla dzieci.

Można jedynie ubolewać, że właściciel szkolnego terenu i lokum, Feliks Zarębski, mimo społecznego, znaczącego zaangażowania w funkcjonowanie szkoły, po wojnie, zamiast gloryfikacji, spotykał jedynie represje, jako kułak, jednostka ustrojowo niepoprawna.

Kiedy zaczynałem naukę, w szkole uczyły dwie nauczycielki: Sabina Winnikowa, mieszkająca w Żyrardowie i Zofia Konwałowa, mieszkająca w Międzyborowie.  Codziennie pieszo przemierzały odległości do szkoły oddalonej od ich miejsca zamieszkania - jedna sześć a druga cztery kilometry. W dodatku odległości te musiały pokonywać ścieżkami, po bezdrożach, co szczególnie w okresie zimy a także wiosennych roztopów nie było łatwe.

Tu należy się wyjaśnienie. Nasza wieś nie była ulokowana przy drodze jak to często bywa. Jej domy były porozrzucane na całej przestrzeni. Wokół domów - najczęściej drewnianych o dachach krytych słomą - mieszkańcy mieli przeważnie swoje poletka, chyba że z różnych rodzinnych podziałów wynikało inaczej. Do poszczególnych domów docierało się wędrując najczęściej miedzami sąsiadujących pól. Bywało, że niektóre miedze były rozorane, gdy sąsiadami byli wieśniacy o usposobieniach Kargula i Pawlaka, bohaterów filmu “Sami Swoi”.

Ja do szkoły miałem około jednego kilometra - blisko w porównaniu z nauczycielkami. Pierwszy raz do szkoły zaprowadziła mnie matka.

Nauczycielka wypytała mamę co ja umiem i do której klasy chce mnie zapisać. Mama uznała, że powinienem zacząć od pierwszej, bo chociaż znam trochę litery to mnie nikt nie uczył.

W rzeczywistości to z czytaniem i rachunkami radziłem sobie lepiej niż trzeba było, a to z powodu, że o wiele rzeczy wypytywałem wcześniej starszego brata i jego kolegów. Słabą moją stroną było staranne pisanie i rysowanie.

Pisało się wówczas piórem ze stalówką maczaną w atramencie wypełniającym kałamarze, w szkole ulokowane w ławkach. Często atrament bywał zanieczyszczony, zbyt rozwodniony lub za gęsty.

Lubiłem chodzić do szkoły. W szkole poznałem nowych kolegów, z nauką nie miałem problemów, a przerwy między lekcjami wypełniane były dziecięcymi zabawami.

Szkoła do której zacząłem uczęszczać była wówczas czteroklasowa. Zajęcia dla klasy pierwszej i drugiej odbywały się często jednocześnie w jednym pomieszczeniu. Jedna z klas otrzymywała zadanie do cichego opracowywania np. klasa pierwsza stawianie kresek, literek, czy rysowanie. W tym czasie nauczycielka prowadziła wykład dla drugiej klasy. Wszystko odbywało się pod całkowitą jej kontrolą.

Skala ocen wykonywanych prac mieściła się w zakresie 1 do 5, lecz przy niedostosowaniu się do poleceń nauczycielki lub nie odrobieniu zadanej lekcji stosowane były kary cielesne, tzw. “łapy”.

Wykonanie takiej kary miało następujący przebieg. Karany miał obowiązek wyciągnąć przed siebie wyprostowaną rękę z otwartą dłonią. Nauczycielka chwytała jedną ręką za palce delikwenta, w drugą natomiast brała najczęściej jego drewniany piórnik i wymierzała nim razy.

Ilość takich uderzeń była zazwyczaj wcześniej zapowiadana.

Wymierzanie kar cielesnych było aprobowane przez ogół rodziców. Nie zauważyłem, by nauczycielki stosowały kary bez uzasadnienia, chociaż na pewno częściej sięgały po ten środek będąc w złym humorze lub rozzłoszczone.

Uczniowie i uczennice przyjmowali natomiast te kary raczej jako reguły pewnej gry, element ryzyka itp.

W domu prawdopodobnie nikt nie chwalił się że dostał “łapy” - mogłaby być poprawka od ojca, surowsza niż kara nauczycielki.

Opisując system ocen zwróciłem uwagę na stosowane kary jako pewien relikt przeszłości. System jednak nie polegał jedynie na karach. Dostawaliśmy również piątki jako symbol najwyższej oceny oraz różne pochwały i wyróżnienia a stosowanie “łap” wśród pierwszoklasistów było rzadkością.