Blog > Komentarze do wpisu

PIERWSZE NAUKI SZKOLNE

Rok 1943, to powstanie w getcie warszawskim, nasilenie łapanek i terroru okupacyjnego.

Przede mną natomiast został otwarty nowy rozdział życia - szkoła, wówczas nazywana powszechną.

Szkoła mieściła się w budynku parterowego, drewnianego domu i zajmowała w nim dwie izby. Każda z tych izb miała dorobione oddzielne wejście i ganek. Resztę domu zajmowała rodzina właściciela, Feliksa Zarębskiego, zwanego Duszyczką, jako że do każdego rozmówcy mówił: duszyczko kochana - rolnika o nieco większym stopniu zamożności –  gdyż posiadał gospodarstwo rolne, około 25 hektarów niezłej ziemi  i nieco sprzętu rolniczego, jak kierat, młocarnia, wialnia itp.

Cała wieś jak i wiele sąsiednich nie miała elektryczności. W takiej sytuacji źródłem napędu maszyn rolniczych był przeważnie kierat, do którego zaprzęgano konie. Maszyny napędzane silnikami spalinowymi posiadały jedynie czasami duże majątki ziemskie.

Wszystkie mniejsze gospodarstwa rolne wykonywały prace rolne bez użycia maszyn lub je wypożyczając, o ile taka możliwość istniała.

Do ogrzewania każdej z klas - w szkole do której uczęszczałem - służył żelazny piecyk opalany drewnem ofiarowanym dla szkoły przez właściciela budynku. Ścinał on na ten cel, w odpowiednim czasie, drzewa rosnące na terenie swojego gospodarstwa i ciął je na kloce.

Starsi chłopcy rozrąbywali te kloce na drwa. Rozpalanie i podtrzymywanie ognia w piecyku oraz wszystkie prace z tym związane należały do uczniów - dyżurnych.

Tak więc szkoła funkcjonowała dzięki dobrej woli i zaangażowaniu. Nikt nie brał pod uwagę, że to może być praca za ciężka lub zbyt niebezpieczna dla dzieci.

Można jedynie ubolewać, że właściciel szkolnego terenu i lokum, Feliks Zarębski, mimo społecznego, znaczącego zaangażowania w funkcjonowanie szkoły, po wojnie, zamiast gloryfikacji, spotykał jedynie represje, jako kułak, jednostka ustrojowo niepoprawna.

Kiedy zaczynałem naukę, w szkole uczyły dwie nauczycielki: Sabina Winnikowa, mieszkająca w Żyrardowie i Zofia Konwałowa, mieszkająca w Międzyborowie.  Codziennie pieszo przemierzały odległości do szkoły oddalonej od ich miejsca zamieszkania - jedna sześć a druga cztery kilometry. W dodatku odległości te musiały pokonywać ścieżkami, po bezdrożach, co szczególnie w okresie zimy a także wiosennych roztopów nie było łatwe.

Tu należy się wyjaśnienie. Nasza wieś nie była ulokowana przy drodze jak to często bywa. Jej domy były porozrzucane na całej przestrzeni. Wokół domów - najczęściej drewnianych o dachach krytych słomą - mieszkańcy mieli przeważnie swoje poletka, chyba że z różnych rodzinnych podziałów wynikało inaczej. Do poszczególnych domów docierało się wędrując najczęściej miedzami sąsiadujących pól. Bywało, że niektóre miedze były rozorane, gdy sąsiadami byli wieśniacy o usposobieniach Kargula i Pawlaka, bohaterów filmu “Sami Swoi”.

Ja do szkoły miałem około jednego kilometra - blisko w porównaniu z nauczycielkami. Pierwszy raz do szkoły zaprowadziła mnie matka.

Nauczycielka wypytała mamę co ja umiem i do której klasy chce mnie zapisać. Mama uznała, że powinienem zacząć od pierwszej, bo chociaż znam trochę litery to mnie nikt nie uczył.

W rzeczywistości to z czytaniem i rachunkami radziłem sobie lepiej niż trzeba było, a to z powodu, że o wiele rzeczy wypytywałem wcześniej starszego brata i jego kolegów. Słabą moją stroną było staranne pisanie i rysowanie.

Pisało się wówczas piórem ze stalówką maczaną w atramencie wypełniającym kałamarze, w szkole ulokowane w ławkach. Często atrament bywał zanieczyszczony, zbyt rozwodniony lub za gęsty.

Lubiłem chodzić do szkoły. W szkole poznałem nowych kolegów, z nauką nie miałem problemów, a przerwy między lekcjami wypełniane były dziecięcymi zabawami.

Szkoła do której zacząłem uczęszczać była wówczas czteroklasowa. Zajęcia dla klasy pierwszej i drugiej odbywały się często jednocześnie w jednym pomieszczeniu. Jedna z klas otrzymywała zadanie do cichego opracowywania np. klasa pierwsza stawianie kresek, literek, czy rysowanie. W tym czasie nauczycielka prowadziła wykład dla drugiej klasy. Wszystko odbywało się pod całkowitą jej kontrolą.

Skala ocen wykonywanych prac mieściła się w zakresie 1 do 5, lecz przy niedostosowaniu się do poleceń nauczycielki lub nie odrobieniu zadanej lekcji stosowane były kary cielesne, tzw. “łapy”.

Wykonanie takiej kary miało następujący przebieg. Karany miał obowiązek wyciągnąć przed siebie wyprostowaną rękę z otwartą dłonią. Nauczycielka chwytała jedną ręką za palce delikwenta, w drugą natomiast brała najczęściej jego drewniany piórnik i wymierzała nim razy.

Ilość takich uderzeń była zazwyczaj wcześniej zapowiadana.

Wymierzanie kar cielesnych było aprobowane przez ogół rodziców. Nie zauważyłem, by nauczycielki stosowały kary bez uzasadnienia, chociaż na pewno częściej sięgały po ten środek będąc w złym humorze lub rozzłoszczone.

Uczniowie i uczennice przyjmowali natomiast te kary raczej jako reguły pewnej gry, element ryzyka itp.

W domu prawdopodobnie nikt nie chwalił się że dostał “łapy” - mogłaby być poprawka od ojca, surowsza niż kara nauczycielki.

Opisując system ocen zwróciłem uwagę na stosowane kary jako pewien relikt przeszłości. System jednak nie polegał jedynie na karach. Dostawaliśmy również piątki jako symbol najwyższej oceny oraz różne pochwały i wyróżnienia a stosowanie “łap” wśród pierwszoklasistów było rzadkością.

 

wtorek, 01 grudnia 2015, krzysztof70-36