Blog > Komentarze do wpisu

MOJE POCZĄTKI

Urodziłem się w 1936 r. w Warszawie. Pierwszy rok mojego życia, jak większość moich rówieśników, spędziłem prawdopodobnie na nauce chodzenia, padania i przemieszczania się w obrębie wzroku matki, czego jednak nie pamiętam. W następnych latach trenowałem wydobywanie dźwięków zrozumiałych dla innych, zwanych mową.

W 1939 roku, gdy zaczęły się bombardowania Warszawy, ktoś z sąsiadów słysząc nadlatujące samoloty, dla uspokojenia choćby na chwilę sytuacji, podsunął myśl, że to są nasze. Mimo że to nie były nasze tylko niemieckie, ja podchwyciłem ten optymistyczny akcent i przy każdym następnym nalocie, gdy wszyscy schodzili do piwnic - wołałem: mamusiu - to nasze, mamusiu - to nasze. Nie wiem, czy tym wołaniem uspokoiłem kogokolwiek, lecz intencje moje na pewno były szczere. Było to moje pierwsze zauważone zastosowanie mowy do celów propagandowych.

Mój optymizm nie zapobiegł zbombardowaniu domu w którym mieliśmy sklep. Rodzice pozbawieni sklepu zostali bez środków utrzymania.

Mieli jednak 5,22 hektara ziemi zakupionej jako lokata kapitału i drewno na domek letniskowy, który miał być wybudowany na tym terenie.

Ojciec w tak trudnych warunkach, bez środków finansowych, podjął trud wybudowania domu oraz założenia gospodarstwa rolnego.

Z całą rodziną - to jest z rodzicami i starszym ode mnie o 6 lat bratem Jurkiem - na wieś sprowadziliśmy się wiosną 1942 roku, do wybudowanego przez ojca domku.

Ziemia wcześniej eksploatowana przez sąsiada - dzierżawcę, wymagała uprawienia i zasiewów. Plony mogła dać dopiero po roku gospodarzenia i ten rok należało przetrwać.

Dla zdobycia środków na przetrwanie - ojciec próbował handlować mlekiem dowożąc je nielegalnie do Warszawy. Jednak po kilku obławach i łapankach, z których udało mu się uciec, doszedł do wniosku że uzysk z tego handlu - marny, nie wart jest ryzyka, gdyż można stracić nawet życie.

Po żniwach - nie naszych jeszcze - zbieraliśmy z bratem pojedyncze kłosy żyta na okolicznych rżyskach, przynosiliśmy je do domu, wyłuskiwaliśmy ziarnka a ojciec mielił je na ręcznym młynku do kawy i gotował z tego potrawę, zwaną porką .

Pierwszy rok gospodarzenia zaczęliśmy z inwentarzem składającym się z jałówki - czyli nieletniej krowy - gdyż na zakup dorosłej nie było pieniędzy, oraz jednej kury podarowanej przez życzliwą sąsiadkę. Urosło też trochę drobnych ziemniaków posadzonych wiosną na wyjałowionej i niedostatecznie uprawionej ziemi.

Właściwie to nie była ziemia a piasek. Według rolniczej kwalifikacji były to głównie grunty V i VI klasy, nadające się bardziej pod uprawy leśne niż rolne.

Nasz podstawowy jadłospis ukierunkowany był na kartoflankę i porkę czasem gotowaną na mocno rozcieńczonym mleku, zdobywanym przez matkę. Jesienią nasz jadłospis został wzbogacony o kapustę którą otrzymywaliśmy od sąsiadów pożyczających od nas szatkownicę.

Kiszenie kapusty wiązało się z pewnymi zabiegami w których i ja brałem udział. Otóż moim zadaniem w przygotowaniu kapusty było jej ubijanie - to jest deptanie w beczce. Zostałem dokładnie umyty i boso w krótkich spodenkach skakałem w beczce po ciągle uzupełnianej i solonej, szatkowanej kapuście, aż beczka została napełniona a z kapusty wysączył się sok.

Zajęcie to powtarzałem w następnych latach.

     Krzysztof Roszczyk

 

wtorek, 01 grudnia 2015, krzysztof70-36
Komentarze
2016/01/08 23:57:09
Moje opowiadanie, zostało wcześniej umieszczone na blogu "Spostrzeżenia i poglądy Krzysztofa Roszczyka, tylko w odcinkach wymieszanych z innymi wpisami, co ograniczało dostęp do jego czytania w jednym ciągu, dla tego powstał ten blog.
Jednak w poprzednim zapisie są ciekawe komentarze czytelników, bierząco komentujących poszczególne wpisy opowiadań Krzysiek (28) . Jeśli ktoś chciałby do nich dotrzeć to są pod adresem grabiszynska1717.blox.pl/2006/12/KRZYSIEK-opowiadanie-1.html