Blog > Komentarze do wpisu

KTO TE GĄSKI WYSIEDZIAŁ

Z nadejściem zimy pojawił się nowy problem - ogrzewanie i to nie dlatego, że nie było ogrzewania centralnego, ale brak było opału. Jeden z dwu pokoi stanowiących mieszkanie, wyposażony był w kuchnię, w której paliło się patykami z mokrej młodej olszynki. Mokre patyki i drewno nie chciały się palić, dymiły, a już na pewno nie gwarantowały ogrzania domku o drewnianych, cienkich, nieszczelnych ściankach.Zimy w tamtych latach były w dodatku srogie i długie, szczególnie dla 6-cio letniego chłopca.

Po przetrwaniu zimy zaczął się nowy problem - przednówek. Określenie to dzisiaj mniej używane, mówiło o wyczerpaniu się ubiegłorocznych zapasów spożywczych, przed uzyskaniem nowych.

Trzeba było także dokonać wiosennych upraw, co przy braku konia i pieniędzy nie było zwykłą sprawą.

W rozwiązaniu tych problemów pomogła pracowitość rodziców, ich zaangażowanie i przedsiębiorczość ojca. Nie bez znaczenia była pomoc życzliwych sąsiadów.

Ojciec w czasie zimy wykonał z drewna i skórek tzw. chomąto dla krowy - wyrosłej z jałówki i zaprzęgał ją do lżejszych prac polowych. Matka posadziła kwokę na jajkach zakładając w ten sposób kurze stadko.

Po odchowaniu kurczaków, gdy kwoka nie chciała się nieść, matka za poradą sąsiadki posadziła kwokę na gęsich jajach, które także od tej sąsiadki dostała.

Gdy wykluły się małe gąski, kwoka nie potrafiła się nimi opiekować, pozostawiając je same. Opieka nad nimi przypadła dla mnie. Karmiłem je i poiłem, uczyłem skubać trawę, a gdy były niegłodne, siadały tuląc się do mnie.Kiedy wstawałem i przemieszczałem się w inne miejsce, one szły za mną.

Sąsiedzi żartowali mówiąc: to chyba Krzysio wysiedział te gąski. Musiałem wówczas w celu sprostowania opowiadać znaną już historię ich wylęgu.

Zbiory z upraw dawały podstawę wyżywienia, nie zapewniały jednak samowystarczalnego funkcjonowania. Nie było nadwyżek produktów, które można by sprzedać i dokupić niezbędne rzeczy. Czas wojny w dodatku ograniczał możliwość przemieszczania się bez narażania wolności, zdrowia i życia.

Jednak po roku gospodarowania sytuacja o tyle stała się lepsza że zażegnane zostało widmo głodu. Z żyta mielonego na młynku uzyskiwaliśmy mąkę z której matka piekła chleb w piecyku kuchennym. To w tamtych czasach znaczyło wiele. Były ziemniaki, marchew, buraki, kapusta, jajka i mleko. Zakupione dwa prosiaki dawały nadzieję że będzie trochę tłuszczu i mięsa.

Gdyby jednak chcieć wyliczyć czego nie było, to lista byłaby długa.

Z podstawowych produktów nie było owoców, zarówno u nas jak i u sąsiadów. Nie stać nas było na cukier i słodycze. Herbatę piliśmy parzoną z wysuszonych liści jeżyn lub mięty rosnącej w ogródku. Brakowało mięsa, tłuszczów i wielu produktów.

Prowadzenie gospodarstwa choćby w prymitywny sposób wymagało umiejętności i sprzętu. Żadne z rodziców nie nabyło tych umiejętności we własnych domach rodzinnych i teraz musiało zgłębiać wiedzę rolniczą, wysłuchując sąsiedzkich porad lub ich podpatrując.

Naszymi sąsiadami byli ludzie z przymiotami i wadami ludzi prostych. Wiele zawdzięczaliśmy ich życzliwości i pomocy, chociaż prawa współistnienia były surowe i trudne.

Sąsiedzi mimo że byli od dawna osiadłymi gospodarzami, to mieli gospodarstwa biedne z trudem zapewniające utrzymanie ich rodzinom. Ich życzliwość była pomocna w naszym przetrwaniu.

Od sąsiada ojciec uczył się jak wykonać cep, kosisko, czy inne narzędzia i jak się nimi posługiwać. Jak kosić i robić snopki ze ściętego zboża, jak je ustawiać, by zapewnić suszenie i zabezpieczyć przed zaciekami.

Te i wiele innych czynności, na ogół prostych, wymagało odpowiedniej w tym zakresie wiedzy i umiejętności. Wykonane źle powodowały straty, na co ubogi rolnik nie mógł sobie pozwolić.

Ojciec chociaż posiadał tylko podstawowe wykształcenie, był człowiekiem oczytanym i obytym w różnych środowiskach.

Odbywając w swoim czasie służbę wojskową, ukończył szkołę podoficerską i w stopniu chorążego, brał udział w wojnie obronnej w 1939 roku.

Urodzony w 1905 roku, był w czasie który opisuję, młodym ale już dojrzałym, zahartowanym mężczyzną.

Istniejące problemy rozwiązywał najlepiej jak to było możliwe. Dla mnie dodatkowo był skarbnicą wiedzy podstawowej. Opowiadał nam przeczytane książki, przeżyte wydarzenia i różne historie.

W czasie zim wykonał nożykiem figury szachowe i nauczył nas grać w szachy.

Wykonywał nam także trepy, które stanowiły obuwie zimowe, gdyż latem chodziło się boso.

Do wykonania takich trepów używane były stare buty z kompletnie zniszczonymi spodami . Odcięte od nich cholewki przybijane były małymi gwoździkami do podeszwy odpowiednio wyciosanej z drewnianego klocka.

Zaletą ich było to, że zapewniały dobrą izolację i względne ciepło, wadą zaś że do drewnianych spodów przylepiał się i nawarstwiał śnieg, czyniąc je bardzo ciężkie i niewygodne.

Z usposobienia ojciec był bardzo pogodny, lubił czasem sobie podśpiewywać lub nucić, ucząc nas w ten sposób melodii różnych przedwojennych szlagierów. Umiał trochę grać na mandolinie, którą brał, gdy na to pozwalał czas i nastrój.

Matkę moją cechowała pracowitość, obowiązkowość i energia. Uznawała autorytet ojca w zarządzaniu gospodarstwem. Wykonując wszystkie prace domowe i angażując się do wykonywania wszelkich prac polowych uczestniczyła w prowadzeniu gospodarstwa w stopniu nie mniejszym niż ojciec. W opiekę nad nami wkładała dużo serca i wysiłku.

wtorek, 01 grudnia 2015, krzysztof70-36