Blog > Komentarze do wpisu

WOJENNE ROZWAŻANIA

Kiedy kończyła się zima i zaczynały prace w polu, czasu na zabawę było mniej. Miejscem dającym rozrywkę była szkoła, gdzie na przerwach między lekcyjnych można było uczestniczyć w różnych grach i zabawach.

Ukończenie pierwszej klasy miało dla mnie momenty dramatyczne. Otóż niedługo przed zakończeniem roku szkolnego, gdy biegaliśmy boso po łączce przyszkolnej, jeden ze starszych uczniów wziął mnie pod ramię i naprowadził dla zabawy na specjalnie przygotowaną i ukrytą w ziemi deseczkę z gwoździem.

Gwóźdź na wylot przebił mi nogę w okolicy przedłużenia dużego palca, tak że z trudem go wyrwałem. Miało to dla mnie bardzo przykre następstwa. Gwóźdź i noga były brudne. Nie było środków dezynfekcyjnych, ani dostępu do lekarzy - wojna.

Gdy wróciłem do domu rana opuchła i zaczęła ropieć. Ból nie pozwalał mi opuścić w dół nogi. Przez wiele dni miałem silną gorączkę. Przemieszczałem się w obrębie domu na rękach z bolącą nogą podniesioną do góry.

Rodzice obawiali się gangreny. Ja zdawałem sobie tylko sprawę z okropnego bólu jaki mi dokuczał przez około dwa miesiące.

Świadectwo z ukończenia pierwszej klasy, z wynikiem bardzo dobrym przyniosła mi koleżanka z sąsiedztwa - Irenka Różańska. Było całe pokrwawione, gdyż pobiły ją jakieś dzieci i pochlapała je krwią z rozbitego nosa. Wydarzenie to było o tyle nietypowe gdyż owa koleżanka nigdy nie angażowała się w żadne zatargi i wszystkim ustępowała.

Gdy mnie natomiast po drodze ze szkoły wydarzyło się rozstrzygać spory walką - Irenka, by mi pomóc, nosiła mój drewniany tornister. Z czasem zagoiła się moja chora noga, a ja wróciłem do normalnego funkcjonowania.

To, że istniała wojna wiedziało każde dziecko, choć tak naprawdę na czym to polega wiedziałem tylko trochę z rozmów dorosłych. Niemcy do nas nie docierali. Widziałem ich jedynie w transportach kolejowych.

Obserwowaliśmy też nieraz niebo na tle którego liczyliśmy czasami po kilkaset niemieckich samolotów. Leciały bardzo wysoko i wydawały się bardzo malutkie. Zastanawialiśmy się jak ich bomby z takiej wysokości mogą trafić w ludzi.

To, że niedaleko od nas, bo w odległości około 1,5 km, wykoleił się pociąg, nie od razu kojarzyłem z wojną. Dorośli tylko półsłówkami o tym mówili w obawie, by fakt ten nie spowodował represji. Wszyscy jednak wiedzieli, że to była dywersja.

Zaraz po tym wydarzeniu Niemcy obsadzili wartownikami placówki kolejowe.W kilkanaście dni później dwóch takich wartowników odwiedziło nasz dom. Przyszli pod pretekstem napicia się mleka. Jeden z nich mówił po polsku i próbował wciągnąć naszego ojca w dyskusję na tematy polityczne i wojskowe. Sugerował, tak niby od niechcenia, że do nas na pewno przychodzą partyzanci i mamy aktualniejsze wieści z frontu niż oni.

Drugi wartownik nie znał polskiego języka ale znał pewnie przydzielonego mu kolegę i wiedział o jego misji. Z za jego pleców zasłonił palcami usta wskazując gestem mojemu ojcu aby raczej milczał.

Nadeszły żniwa. Znaczna część naszego areału obsiana była żytem. Żyto, nie mające zbyt dużych wymagań glebowych i uprawowych, rodziło się na tej ziemi nienajgorzej. W 1944 roku warunki pogodowe były sprzyjające i zbiory żyta mieliśmy dobre.

Przy pracach żniwnych wszyscy mieliśmy zajęcie. Ojciec kosił, mama zbierała i układała, brat wiązał, ja grabiłem rżysko. Oczywiście wcześniej snopki musiały być zniesione i ustawione w kopki po 15 sztuk. Snopki nosiliśmy wszyscy, a gdy tata stawiał pierwszy snopek nowej kopki, ja go przytrzymywałem, by się nie przewrócił. Przy okazji ojciec podkreślał wielką wagę mojego zajęcia, wbijając mnie tym w dumę.

Chociaż przy żniwach praca dla wszystkich była ciężka, ojciec starał się podkreślić tak jej znaczenie i wagę, by każdy z nas miał satysfakcję z jej wykonywania.

Po kilkunastodniowym przeschnięciu zboże zostało zwiezione do stodoły. Zwózka odbywała się już w atmosferze wieści o powstaniu w Warszawie i zbliżającym się froncie. W ogóle to wieści rozchodziły się nie bardzo wiadomymi drogami. Każdy kto mówił, że coś słyszał, nie mówił raczej skąd ma te wieści.

Wiele informacji pochodziło od kolejarzy, ale również z partyzanckich ośrodków kontaktowych. Mimo że za posiadanie odbiornika radiowego groziła kara śmierci, ośrodki kontaktowe były wyposażone w odbiorniki i nadajniki radiowe o istnieniu których dowiadywaliśmy się dopiero po wojnie.

Z informacją o wybuchu powstania warszawskiego dotarły do nas komentarze o jego celu. Tłumaczono sobie że powstanie własnego wojska zabezpieczy nas przed zrobieniem z Polski - Republiki Rosyjskiej.

Porównywano także sytuację z zaborów ale ta była nieporównywalna z hitlerowskim terrorem. Wiedziano że gdy przyjdą Rosjanie gorzej być nie może niż pod panowaniem Hitlera.

Nasi współmieszkańcy słyszeli też, że komuna jaką mają Rosjanie jest łaskawsza dla biedniejszych niż możnych, a oni nie czuli się przecież bogaczami i przynajmniej dla siebie nie widzieli bezpośredniego zagrożenia.

Nie wiem czy to sytuacja wojenna, czy też inne względy spowodowały, że  sąsiedzi ściągnęli mechaniczną młockarnię, z  majątku ziemskiego i kolejno robili omłoty, które i do nas dotarły.

Po żniwach i omłotach zostały jeszcze wykopki, ale i one z czasem zaczęły dobiegać końca. Nadchodziła złota polska jesień.

Nadchodziły też wieści, że Warszawa dalej walczy, a front zatrzymał się nad Wisłą. Pojawiały się na ten temat różne spekulacje. Zastanawiano się między innymi, czy bolszewicy nie zechcą wejść w układy z Niemcami i nie dokonają nowego rozbioru Polski z granicą na Wiśle. Znaczna ilość mieszkańców pamiętała przecież zabory.

 

poniedziałek, 30 listopada 2015, krzysztof70-36