Blog > Komentarze do wpisu

NASI SĄSIEDZI

W rejonie naszego zamieszkania większość mieszkańców, w większym lub mniejszym stopniu mówiła gwarą, prawdopodobnie trudną do zaklasyfikowania, bo chyba to nie była gwara mazowiecka, ani warszawska, tylko wiejska, stanowiąca mieszankę różnych naleciałości i miejscowych nawyków.

Wymowa w tej gwarze była mi trochę obca a do jej uczenia zniechęcali mnie rodzice i nauczycielki.

Słowa o brzmieniu: kuń, cielok, źrebok, burok, łociec, łobora, czy też zwroty: dej kotewi, wyciung rynke, podoj talyrz itp. - były w podstawowym obiegu.

Dzieci próbowały  przenieść do czytania: kunia, buroka itp., ale na to nie pozwalały nauczycielki.

W takich to warunkach zdobywałem pierwszą szkolną wiedzę.

Mieszkaliśmy mniej więcej w połowie drogi między stacjami Jaktorów i Międzyborów. Każda z tych stacji była oddalona, od naszego miejsca zamieszkania, około trzy kilometry. Częściej jednak bywaliśmy w Jaktorowie.

Właśnie tam kiedyś wiosną 1944 roku wybrałem się z jakiegoś powodu i znalazłem się w pobliżu zatrzymanego na stacji pod sygnałem niemieckiego transportu wojskowego.

Na platformach wagonów kolejowych było dużo żołnierzy niemieckich i sprzętu wojskowego.

Podążali na front. Przed jedną platformą zatrzymała się grupka dzieci zwabiona cukierkami niemieckiego żołnierza. Zbliżyłem się do nich i ja.

W tym czasie drugi żołnierz pijany zaczął pokazywać na nas i wrzeszczeć że jesteśmy dziećmi bandytów i że trzeba nas wszystkich powystrzelać, na dowód czego zdjął karabin i lufę skierował w naszą stronę.

Większość dzieci rozpierzchła się. Zostałem tylko ja z jakąś dwójką dzieci, prawdopodobnie tak jak ja nieświadomych zagrożenia i przekonanych, że pewno żołnierz chce nas tylko nastraszyć.

W rezultacie żołnierz pociągnął za spust i pewno stałbym się jego celem, gdyby nie drugi żołnierz, który podbił mu lufę do góry. Gdy padł strzał, koledzy pseudo bohatera odebrali mu broń. Z otoczenia opisanego żołnierza wychylił się inny żołnierz i w czystej polszczyźnie nakazał byśmy natychmiast odeszli. Z niedowierzaniem i lekką niechęcią spełniliśmy jego żądanie. Ciekawi byliśmy dalszego ciągu widowiska, gdyż pijany żołnierz teraz cały swój gniew skierował na swoich kolegów, czym ich prawdopodobnie zirytował.

Po chwili pociąg ruszył a ja wróciłem do domu bogatszy o jedno doświadczenie, a mianowicie, że są różni Niemcy: tacy co chcą do wszystkich strzelać, rozdają cukierki, mówią po polsku.

Kiedy opowiedziałem tą historię mamie - rodzice zabronili mi chodzić samemu do Jaktorowa.

Linia kolejowa Warszawa - Żyrardów przebiegała w odległości kilkuset metrów od naszego gospodarstwa. W planach rozwojowych kolei było wybudowanie niedaleko od nas stacji kolejowej.

Z tego powodu ojciec w 1936 roku zakupił te grunty licząc na zwyżkę ich ceny. Został już wybudowany kolejowy posterunek blokowy i sygnalizacja. Plany te zostały jednak zmienione ( prawdopodobnie na skutek lobbingu......jak to się teraz mówi) i stację wybudowano o dwa kilometry dalej, w Międzyborowie.

Nasi najbliżsi sąsiedzi, to z jednej strony Centkowscy, z drugiej Zarębscy, dalej zaś Kamienieccy, Różańscy, Palarczykowie i Wojciechowscy. Najwięcej życzliwości i pomocy w przetrwaniu i zagospodarowaniu świadczyli nam Centkowscy.

Centkowski Michał - znał rzemiosło gospodarskie tak jak nauczył się go od swojego ojca i trochę schlebiało mu jeżeli mógł występować w charakterze nauczyciela, ucząc mojego ojca orać, siać, młócić i wykonywać szereg innych prac.

Był starszy od mojego ojca około 10 lat. Jego żona Zofia uczyła z kolei moją matkę wielu prac gospodarskich przynależnych kobietom a także dzieliła się z nią swoim doświadczeniem.

Centkowscy mieli czworo dzieci. Najstarszy Franek, już dorosły, przeważnie przebywał poza domem. Próbował zarabiać na swoje utrzymanie kradnąc węgiel transportowany koleją.

Zajęcie to nie należało w czasie wojny do nagannych i było nagminne. Umawiane były wcześniej punkty odbioru węgla i w tych miejscach podejmowane były próby jego zwalenia z wagonu.

Ze względu na częste kradzieże transportów kolejowych i to nie tylko węgla ale także żywności i sprzętu wojskowego - Niemcy dla ochrony tych transportów zaczęli osadzać pociągi konwojentami.

Z relacji przypadkowych świadków wynikało że Franek Centkowski zginął od kuli konwojenta. Jego ciało zostało na wagonie i co się z nim stało nikt później nie ustalił.

Stosunki z naszymi drugimi sąsiadami Zarębskimi, mimo że były  poprawne, nie były takie serdeczne jak z Centkowskimi.

Otóż mój ojciec, aby wybudować dom, wynajął u Zarębskich noclegi. Korzystał z nich dopóki opłacał je z góry. Kiedy zabrakło mu pieniędzy i poprosił o zgodę na późniejsze zapłacenie nie uzyskał takiej zgody.

W tej sytuacji ojciec próbował spędzić noc pod gołym niebem, mimo że były to zimne, wczesno wiosenne dni.

Zauważył to właśnie Michał Centkowski. Gdy dowiedział się o co chodzi, zaoferował ojcu noclegi do końca budowy za darmo. Był to ewidentny przykład że przyjaciół poznaje się w biedzie.

Zarębscy mieli trzech dorosłych synów w wieku: 21, 24 i 27 lat. Byli to sympatyczni młodzi ludzie o sposobie bycia odstającym nieco od oschłego wyrachowania rodziców. Nastawieni byli do otoczenia przyjaźnie a mnie czasami częstowali wiśniami, śliwkami lub jabłkiem, których czujnie strzegł ich ojciec, gdyż w okolicy nie było zbyt wiele owoców.

Otóż któregoś wczesnego, wiosennego ranka przyszli do Zarębskich Niemcy.

Mieli informację że trzej synowie Zarębskiego są partyzantami. Zastali tylko dwóch - Tadka i Kazika. Średniego wiekiem Julka nie było w domu. Tydzień wcześniej ożenił się i był w sąsiedniej wiosce u żony. To go uratowało.

Jego braciom Niemcy kazali wykopać dół pod oknem domu i ich rozstrzelali na oczach rodziców.

Następnymi naszymi sąsiadami byli Kamienieccy, Mieli troje dzieci.

W długie jesienne i zimowe wieczory Kamienieccy i Centkowscy spotykali się towarzysko z naszymi rodzicami. Spotkania odbywały się raz u nas, innym razem u Kamienieckich lub Centkowskich.

Siadano wówczas i opowiadano różne historie. Czasem mężczyźni zbierali się pograć w karty, innym razem kobiety drzeć pierze. Z opowiadaniem dowcipów i żartów najlepiej wychodziło Kamienieckiemu. Znał ich wiele i umiał opowiadać. O duchach i niestworzonych historiach najczęściej opowiadała jego żona. Poza tym mężczyźni opowiadali swoje wojenne i życiowe przygody.

Wśród poruszanych tematów były też rozważania na temat toczącej się wojny. Wiadome już było że cały świat prócz Włoch i Japonii przeciwstawia się Niemcom i że Niemcy muszą przegrać tę wojnę.

Zadawano sobie pytanie, kiedy to nastąpi i co będzie potem, czy wkroczą Rosjanie, czy będzie komuna i jak będzie wyglądała.

Kiedy rodzice wybierali się np. do Kamienieckich, my z bratem zostawaliśmy w domu. Najczęściej wówczas przychodził do nas ich syn Edek oraz Heniek Centkowski. Było to również forum towarzyskie tylko na niższym szczeblu.

Dawali mi czasem zaciągnąć się dymem z papierosa, abym ich nie wydał przed rodzicami. Z ich różnych dyskusji i opowiadań dowiadywałem się, że dzieci niekoniecznie muszą być przynoszone przez bociany, oraz gdzie który co widział i słyszał. Relacje o 6 lat starszych ode mnie młodzieńców były dla mnie ciekawe i pouczające. Uświadamiały mi że muszę jak najszybciej stać się jeżeli nie dorosły, to choćby starszy.

W zimie większość czasu poza obowiązkowym pójściem do szkoły spędzało się w domach. Kiedy śnieg zasypał pola i ścieżki poruszanie się w terenie było trudne, szczególnie gdy obuwie stanowiły trepy.

Ale mieliśmy też swojego rodzaju rozrywkę.

Otóż u sąsiadów Zarębskich była sadzawka, płytka, w lecie zarośnięta tatarakiem i sitowiem. W lecie tylko na przestrzeni kilku metrów służyła maluchom do pluskania się. W zimie natomiast tworzyła sporą tafle lodową umożliwiającą grę w hokeja.

Oczywiście hokeiści nie mieli łyżew, poza  nielicznymi wyjątkami. Grał zazwyczaj każdy, kto w danym czasie przyszedł na lodowisko, z tego powodu wiek zawodników był zróżnicowany.

Kije do hokeja robiło się z odpowiednio zakrzywionych gałęzi, krążek stanowił drewniany klocek.


poniedziałek, 30 listopada 2015, krzysztof70-36